
Najsmutniejszy dzień w roku wg Wilq

Najsmutniejszy dzień w roku wg Wilq
Czas zadać sobie ostateczne pytanie:
These are the things I hold onto
These are the things I use to deceive myself
I line them up in front of me
I judge them carefully
Then I throw them all away
I am a small man
I am not a dangerous man
I love a child
I love a beautiful child
I will hold this child in my arms
And caress his soft head
Listen to him cry
I can kill the child
The beautiful child
I will kill the child
The beautiful child
This is my life
This is my choice
This is my damnation
This is my sacrifice
Przyznam, że dobrze mi się ogląda tego Housa. Póki co (2 sezon) serial jest wyjątkowo… logiczny, w porównaniu z innym studenckim serialem – LOST. Wiem, porównywanie ich ma słabe podstawy. Tutaj nie ma wielkiej tajemnicy, nie ma flashbacków, są za to lekarze bardziej inteligentni i mniej emo od frajerskich Wyspiarzy. Po dwóch sezonach Losta tęskniłem za logiką. Bardzo. Brak zakrojonej na 6 sezonów mitologii zdejmuje z twórców serialu ciężar wymyślania motywów w stylu „podróże w czasie” i „magiczne źródełko”.
Pozdrowienia dla fanów cyberpunka!
Ponieważ 32473278432 ostatnich wpisów jest od Cioci Marty, stwierdziłem, że nie mogę być gorszy! Na pierwszy rzut będzie bardzo śmieszne porównanie. Mianowicie, przeglądając ostatni blogasek Cioci Marty natrafiłem na następujące zdjęcie:

Z czym skojarzył mi się ów przystojny (nie) młodzieniec? Otóż stwierdziłem, że być może Patison to nie kto inny tylko…
OD DZIŚ BĘDĘ NA CIEBIE UWAŻAŁ, KRÓLOWO NOCY
To tyle (i dwa gile) ode mnie póki co. Niedługo być może jakaś pro recka śmiesznej gry w wykonaniu czołowych redaktorów najbardziej opiniotwórczych serwisów poświęconych grom wideo! nara.
W kąciku dobrych porad Cioci Marty było już o tym, na co zabierać dziewczynę do kina, kogo słuchać i jak grać w gry komputerowe, żeby było dobrze. Jednak jakoś umknęła mojej uwadze fundamentalna kwestia, będąca zasadniczo złotym środkiem na wszystko, a mianowicie – co robić i jak wyglądać, żeby zdobyć serce niewiasty, tudzież rozkochać w sobie swą wybrankę na nowo! Toteż krótki instruktaż. Z obrazkami, żeby było łatwiej.
Kolejność, jak zwykle, przypadkowa
1. Bruce Willis
To jest oczywiście kwintesencja męskości. Muskulatura, srogi wyraz twarzy, dla podkreślenia dramatyzmu można dorobić sobie parę blizn, spocić się mocno i wyłysieć. I poczekać parę/naście/ lat, bo taki efekt najpewniej można uzyskać w okolicach 50tki. Niemniej takie połączenie buldożera z jaskiniowcem rozpali większość kobiecych serc w różnym /oj bardzo różnym!/ przedziale wiekowym. To jest powrót do korzeni, zew natury i zaspokojenie atawistycznych instynktów. Ach, aż się sama spociłam.
Dla mniej wymagających polecam polski odpowiednik tego typu – Bogusław Linda.

2. Johnny Depp
To typ dyktowany raczej przez presję społeczeństwa, aniżeli mój osobisty wybór, bo jakoś nigdy mnie ten pan nie rozmiękał /poza tym że bardzo cenię jego talent aktorski/. Szerszy komentarz sobie daruję, bo na pewno wszyscy się o nim już nasłuchali od swoich koleżanek/kuzynek/sióstr/kogokolwiek.

3. Quentin Tarantino
Nie trzeba być aktorem, by zdobywać kobiece serca szybciej niż expić w Tibię. Czasem wystarczy stanie po drugiej stronie kamery! Jest to jednakże bardziej karkołomne zadanie, bo nie wystarczy wówczas dobrze wyglądać – trzeba mieć do tego jeszcze głowę nie od parady, z milionem oryginalnych pomysłów oraz, najlepiej, kilka kultowych tytułów na koncie /i zielone miliony na.. innym koncie!/. Temu panu to chyba nawet Sashh się nie oprze.

4. Andrzej Chyra
Nie trzeba mieć obcobrzmiącego nazwiska, by zdobyć serce kobiety, o nie nie! Na dodatek nie trzeba być /rzekomo/ pięknym jak Dorociński ani sławnym jak Szyc, by podbijać serca /nie ukrywam, tych bardziej rozgarniętych/ pań. To jest po prostu wyższa poprzeczka.
5. Aaron Turner
Ewentualnie można być muzykiem, najlepiej takim, co to szarpie struny i nieźle krzyczy! Z postmetalową bródką koniecznie /tutaj może kolega Sashha by się nadał../. Uprasza się jedynie o regularne odwiedzanie fryzjera. Bo inaczej w jednej chwili z boga seksu można się przemienić w szperacza śmietnikowca.

6. Heath Ledger
Czasem, żeby fanki mdlały i kochały wszystkimi swymi atomami, trzeba po prostu umrzeć.

7. Ethan Hawke
Co do brzmienia nazwisk – dobre są też takie, których nikt nie potrafi wymówić! /ja obstawiam: ifan hewkju/. Z takim nazwiskiem rośnie szansa na puknięcie Umy Thurman, a to już klasa elitarna osiągnięć, mili państwo. Kto by nie chciał puknąć Umy ręka w górę.

8. Ryan Gosling
Tu nie będzie komentarza, bo to mój zdecydowany faworyt i żadne słowa nie oddałyby i tak jego cudowności.

9. Jude Law
Faworyzacja zakończyła się w momencie, kiedy poczytałam różne pudelki i kozaczki i się okazało, że ów pan zmienia partnerki częściej niż bieliznę. Aczkolwiek.. to też droga do sukcesu niewątpliwie!

10. PATISONY!
Już się rozwodziłam nad tym panem przy innej okazji, więc dzisiaj krótko – patisony tylko wówczas, jeśli są w stylizacji ze „Zmierzchu”, bo w innych wypadkach to jest nic szczególnego /a nawet bardzo nieszczególnego/. Poza tym mój syn z pewnością będzie miał na imię Edward.
Powodzenia! ^____^
W związku z nadmiarem wolnego czasu (bo egzamin dopiero za dwa dni :student: ) wprowadzam tutaj takie oto novum! Bardzo subiektywne Top Teny (ewentualnie Top Trendy, tak z dedykacją dla B., żeby wiedział, jak być modnym wśród młodzieży i jak mieć powodzenie u wilczexów).
Zaczniemy od kobiecych Głosów. Głosy, w przeciwieństwie do głosów, nie należą do żadnych Bijonsów, Dód czy Nelli Furtadów, a już na pewno nie należą do KEJTI MELUŁA. Oj zdecydowanie nie.
/kolejność randomowa, proszę się nie sugerować liczebnikiem porządkowym/
Ach, i beware! fap material!
1. PJ Harvey
Może nie wygląda zachęcająco, ale głos ma bardzo dobry, potrafi w pełni i różnorodnie go wykorzystać, poza tym jest szalenie utalentowaną artystką – sama jest w stanie zrobić tyle, co, powiedzmy, pięcioosobowy band. Prywatnie bardzo jej zazdroszczę.
2. Florence Welch /Florence + The Machine/
Potężny, mocny i co najważniejsze – wciąż kobiecy głos! Na dodatek jest ruda, a wiadomo, że rude są najlepsze.
3. Amanda Palmer /The Dresden Dolls/
Głos bardzo charaktery. Niesamowite rzeczy potrafi z nim robić.
4. Pati Yang
I pomyśleć, że to Polka.
Zdecydowanie, duma polskiego trip hopu.
5. Imogen Heap
Kiedyś we Frou Frou, teraz solowo. Bardzo kojące brzmienie.
6. Tori Amos
Zanim niektórzy zaczną się krzywić, jedno tej kobiecie trzeba oddać – jej głos się nie starzeje, ale dojrzewa.
7. Beth Gibbons /Portishead/
8. Julie Christmas /Made out of Babies, Battle of Mice/
Ewenementem jest połączenie tak słodkiego, landrynkowego wręcz głosu z ciężkim, mhrocznym brzmieniem.
9. Lou Rhodes /Lamb/
10. Agnete M. Kirkevaag /Madder Mortem/
/po kliknięciu na obrazek powinny się otworzyć lanslinki ^___^/

Auchan robi promocję na Jabłonowo Pils. Kto nie próbował, to dobra okazja, kto lubi niech kupuje hurtem
.. czyli na co zabierać swoją partnerkę do kina i dlaczego!
W dzisiejszym odcinku będą aż dwie recenzje modnych filmów, żebyście wiedzieli, moi drodzy, na co zabierać swe kobiety /teraźniejsze lub przyszłe/, by były zachwycone.
1. Twilight aka Zmierzch
Oczywiście, Pattison. Kobiety mdleją i mają mokre sny, panowie robią grymas obrzydzenia i cicho nienawidzą. Cóż, nie jest to na pewno wcielenie pierwotnych instynktów, chodzący testosteron, ale.. dammit, ma swój urok, jak tak patrzy tym swoim wzrokiem zbitego kundla i jest tak cudownie milczący. Bo nie chodzi tylko o ten fajny wygląd i mąkę na twarzy – kobiety lecą też na obraz faceta-indywidualisty, który trzyma się z boku, jest zimny i niedostępny, a już w ogóle jest rewelacyjnie, kiedy mówi co innego niż myśli, np.. że mu nie zależy, kiedy akurat mu zależy! Taki wiecie, pokrętny bad guy, który przeżywa wewnętrzną walkę z samym sobą, w imię wyższego dobra!
Myślę jednak, że nie w samym Pattisonie tkwi haczyk. Oczywiście jest on najważniejszy i wybitny, ale producenci zadbali o jeszcze jeden misterny szczegół, który zwykle umyka świadomości większości odbiorców /a raczej odbiorczyń/ – w tym filmie 80% męskich ról jest ponadprzeciętnie przystojnych. Doprawdy, moje oko nie widziało żadnego innego tytułu /a tytułów widziało wiele/, w którym istniałoby podobne natężenie tylu ładnych buź. Jest nawet jeden Murzyn i o dziwo, też daje rady ponadprzeciętnie! Brzydcy są tam chyba tylko starzy Indianie, ale oni się nie liczą, bo widać, że i tak niedługo umrą /tzn. fabuła prowadzi do takich wniosków/. Jak już skończyłam się odwadniać na widok Pattisona, to tak mnie właśnie uderzyło, że ojca to on też ma całkiem konkretnego. I braci. I w ogóle. Sprytne zagranie, wcale mnie nie dziwi, że panienki tak szaleją na punkcie „Zmierzchu”…
… bo to właściwie jedyna mocna strona tego filmu – niezwykłe walory estetyczne /btw role żeńskie też fajne były
/. Na upartego można jeszcze pochwalić dobrze dobrany soundtrack i całkiem sensowny montaż. Nie zmienia to faktu, że element, który powinien być podwaliną każdego dobrego filmu – FABUŁA – leżał i kwiczał kompletnie. Nawet nie próbuję tutaj niczego streszczać, bo czuję że nie podołam. Taka tam zabawna historyjka, jak panna leci na wampira, wampir na nią też ale mówi, że jej nie chce i ciągle robi smutne oczy, w końcu pojawiają się szwarc charaktery i potem do końca filmu wampiry się ganiają bez sensu /a biegają ultraszybko i fajnie skaczą po drzewach/. Akcja jest podziurawiona jak ser szwajcarski, samą zaś historię kupiłabym może, gdybym miała 15 lat. I zasadniczo taki jest tu target – rozwydrzone nastolatki, które lubują się w rozterkach, emocjach i trudnych wyborach moralnych. Teh drama. Tani tragizm i rozpacz z gatunku „nie mogę bez ciebie żyć, ale muszę cię opuścić”. Żałuję, że jestem tak stara, bo jak tak sięgam pamięcią, to przypominam sobie, że jak miałam 15 lat to mocno mnie jarały takie masochistyczne, emocjonalne motywy.
Warto wspomnieć, że w całym filmie nie pada ani jedno „kocham cię”! I dobrze, bo groziłoby to już oddaniem treści żołądka naturze.
2. New Moon aka Księżyc w nowiu
Fabularne zwroty akcji! Mały Indianin, który w pierwszej części podkochiwał się w naszej bohaterce, okazuje się.. wilkołakiem. A że wilkołaki + wampiry = this will not work, to mamy hueg drama. Tak więc w pierwszej godzinie filmu nasza ulubiona bohaterka dostaje dwa kosze /i od wampira, i od wilka/, przy czym obaj ją kochają, ale dbają o wyższe dobro, a w drugiej godzinie /na szczęście ostatniej/ wampir z wilkiem się nieźle przepychają o względy panienki. Kwintesencją wszystkiego jest superturbodrama, bo pada „kocham cię”, i jest to najgorsze „kocham cię” w historii kina – nasza bohaterka mówi wilkowi, że go kocha, po czym wybiera wampira.
Do tej chwili jestem głęboko wstrząśnięta i czuję, jak usychają mi szare komórki. Fabuła jest dnem dna, nie kupiłabym jej nawet mając 15 lat. Już nawet nie tylko dlatego, że przewidywalna i zwyczajnie nudna. Ona jest.. żenująco bezsensowna i ultranaiwna. Bardziej mnie przekonują smutne losy Pinokia niż te chwytające za serce /czy też raczej żołądek/ bajki o wampirach.
Na domiar złego nawet na Pattisona sobie nie można popatrzeć, bo jakoś tak brzydko ucharakteryzowany, a na dodatek jest ucieleśnieniem drętwoty i sztywniactwa. Choć to zapewne też celowy zabieg, bo najważniejszą postacią w drugiej części tejże wspaniałej sagi jest tańczący z wilkami. Ze „Zmierzchu” pamiętamy go jako młodego wymoczka, a tu proszę, jaka transformacja – przypakował na sterydach, obciął długie, obleśne, indiańskie włosy i patrzy, nomen omen, wilkiem. Od razu lepiej, choć mimo wszystko nadal nie miał szans stać się bożyszczem nastolatek na tle tych wymuskanych wampirów. Rozwiązanie jest jedno – ubrzydzić wampiry. Co ochoczo uczyniono.
Ciężko znaleźć jakąś mocną stronę tej produkcji. Nawet w soundtracku doładowali jakiegoś smętnego siusiaka, Thoma Yorke. Osobiście obstawiam komputerowo wygenerowane wilki – były naprawdę urocze. W przeciwieństwie do wszystkiego innego.
Pytanie zasadnicze: jak po tych antyrecenzjach przemóc się, by zmarnować parę godzin życia na taki crap?
Chodzi o pewien.. zabieg psychologiczny. Mianowicie – jestem przekonana, że Wasza partnerka po seansie odetchnie z ulgą, że ma obok siebie.. Was. Bo może nie jesteście tak idealni, jak nasi zabawni bohaterowie – ale jesteście żywi, namacalni. Zdrowi, normalni, ludzcy. Prawdziwi. I to jest najważniejsze.