Do niedawna śmigałem po mieście z Koss PortaPro na uszach – padło w końcu na tą urodzinową edycję specjalną – ze względu na sznurkowy kabel.

Przyjaźniłem się z tymi słuchawkami od lat (urodzinowa wersja to już 3 para ‘portków’ jaką posiadam), ale coś mi zaczął siadać kabel (znowu!) – tym razem pierwszy raz w okolicach wtyczki. Niby gra ładnie, ale przy pewnym ułożeniu kabla, zaczyna znikać lewy kanał. Wyciągam z szafy pudełko z papierami i paragonem – i gwarancja oczywiście upłynęła 2 tygodnie temu. Noż jasny…
Słuchawki planuję naprawić tak czy inaczej – metodą ‘wyślij do Warszawy, czekaj pół roku, zapłać 100PLN za naprawę’, ale nie mogę się na tak długo pozbawić słuchawek, bo bym przecież w tych autobusach do pracy umarł – a tego nikt by przecież nie chciał. Tak więc rozpocząłem żmudny research w poszukiwaniu… SŁUCHAWEK ZASTĘPCZYCH! Tak jest – będę sobie nosił jakieś nowe a te wyślę na serwis. Tak to sprytnie obmyśliłem.
Nienawidze szukać sprzętu elektronicznego – ale jestem zdeterminowany i bardzo cierpliwy, tak więc brnę przez dziesiątki stron z recenzjami, opisami, porównaniami, nigdzie w okolicy nie ma miejsca gdzie by był duży wybór słuchawek do zbadania empirycznie, trzeba się zdać na opinie róznych ‘znawców’ – strach bierze na samą myśl. W końcu wybrałem – tym razem wspieramy europejską myśl słuchawkową:

AKG K450. Oczekiwania są spore – w teorii musi to być hit: małe słuchawki, zamknięte (w autobusie zarządzą bardziej), z lepszym kablem, no i w końcu coś innego – brzmienie Portów bardzo lubię, ale dreszczyk nowości to coś czym nie pogardzę.
Na początek porównanie samej konstrukcji fizycznej – AKG robią solidne wrażenie. Słuchawki są grubsze – z każdej strony. Metalowy pałąk grubo pociągnięty skóropodobnym obiciem, same ‘nauszniki’ też robią grube i tłuste wrażenie. Kabel wychodzi tylko z lewej słuchawki i – uwaga – jest wymienny, można go wypiąć i wymienić. W zestawie są niby dwa o róznych długościach – ten krótki jest aż śmieszny w swej krótkości, ten dłuższy ma na oko 120cm, troszkę mniej niż Porty – powinno wystarczyć żeby gigabeata nosić w kieszeni bluzy.
Pierwsza wycieczka na miasto była srogą porażką. Brzmienie – masakra, strasznie zmulone, zduszone, nic nie pomaga rzeźbienie full-parametrycznym equalizerem, aż żal ściska, nic nie słuchać. Ale spoko – wszędzie piszą że AKG w przeciwieństwie do Portów potrzebują czasu na wygrzanie, tak więc uparcie je noszę i dźwięki znoszę. Słuchawki dużo bardziej czuć na głowie niż Porty, które były jak piórko. Te też są lekkie, ale zaklejają ucho (wszak to zamknięta konstrukcja) no i… gniotą mnie w łeb. Przy dłuższych przebiegach, tak ponad godzinnych, po prostu boli mnie głowa. Odkrywam że jak zdejmę okulary jest lepiej, ale ciągle nie widzę szansy słuchania np. przez 2 godziny. Nie jest zbyt malinowo jak na razie.
Mijają dwa miesiące…
… no i możemy w końcu porozmawiać o brzmieniu. Bo to się zmieniło dość radykalnie. Słuchawki zaczęły gadać po jakichś 20 godzinach męczarni – i teraz gadają przepięknie. Zamknięta konstrukcja punktuje basami a kuleje wysokimi tonami, tak więc jedyna w sumie korekcja jakiej dokonałem na gigabeacie to wyciągnięcie wysokich tonów o 5 decybeli, basów o 1.5. I jest bajka. Słuchawki grają duzo dużo dokładniej niż Portki, dużo więcej słychać rzeczy z tła, takich których np. nigdy wcześniej nie słyszałem. Do tego izolacja – na mieście tłumią kapitalnie, w komunikacji miejskiej sporo gorzej, ale niebo lepiej niż Portki. Dodatkowy plus – można jechać głośno i nie słychać nic na zewnątrz, nie oglądają się babcie za mną jak jadę nowego Slayerka. Bas jest świetny, góra ok, bardzo precyzyjne i wyważone brzmienie. Bardzo podoba mi się separacja stereo – coś o czym Porty nie za bardzo słyszały, tutaj kanały chodzą bajecznie (te dwie perki w Kylesa…). Reasumując – brzmienie jest bardzo miłą odmianą po czysto rozrywkowych Portkach.
Wygoda niestety dalej jest problematyczna – gniotą gnoje. Ja mam wielki łeb i pewnie dlatego, pałąk rozsuwam o 1 klik luźniej (stopniowa regulacja jest w przeciwieństwiie do Kossów) i jest trochę lepiej… ale tylko trochę. Próbowałem trochę rozginać ten pałąk metodą brute force, ale metal jest wyjątkowo sprężysty i wraca do pierwotnej gniotącej formy niemal natychmiast, tak więc jest to chyba coś z czym będę musiał żyć. Pisałem już że słuchawki są grube – nie ma bata żeby je schować pod włosy, nie da rady nawet naciągnąć na łeb kaptura od bluzy… za to okazało się że to ostatnie jest już zbędne – zamknięte nauszniki grzeją uszy aż miło i żaden mróz nie straszny, jedynie cieniutki przeciwśniegowy kaptur kurtki i to tyle! Przyznam że nie spodziewałem się że mi tak pomogą AKG walczyć z dwudziestostopniowymi mrozami.
Kabel na razie daje rady i nie sztywnieje na mrozie jak w niebieskich Kossach. Jest bardzo gumowy i czepliwy, nie ślizga się po ubraniu tylko ‘ciągnie’ – coś do czego się trzeba przyzwyczaić. To że wychodzi z jednego tylko nausznika jakoś mnie nie rajcuje zupełnie, ale to że jest wymienny dobrze rokuje na przyszłość, bo zakładam że da się dokupić taki kabel w razie jakiejś awarii.
Słuchawki są elegancko wydane (sztywne euti, pudełeczko cacy), ale nie korzystam z tych wszystkich bajerów. Nawet ich nie składam, gdy nie słucham to zrzucam je na kark normalnie – taka czynność przy użytkowaniu PortaPro groziła uduszeniem i garotowaniem przez bezlitosny metalowy pałąk – AKG są tutaj milusie, nie duszą, nie mordują, mięciutko leżą na karku. Zdążyłem je bardzo polubić przez te dwa miesiące. Na tyle, że jakoś nie spieszy mi się Kossów posyłać na serwis. Jednak zrobię to, bo słabo widzę upały letnie przy zamkniętych słuchawkach, pół roku pośmigam w jednych, pół w drugich, będzie dobrze.
To tyle na dziś. Długo się zbierałem z tą recenzją, ale czuję że było warto – to zdecydowanie sprzęt do którego trzeba przywyknąć. Macie na koniec pudełusio, i papatki!
