Gram sobie w to Just Cause 2 , ale jest to chyba błąd. W kolejce czekają na mnie jeszcze (uwaga, teraz lecą linki): The Saboteur (klik: z cyckami), Far Cry 2 (klik: z zebrami), Prototype (klik: z krwawymi mackami) i Red Faction: Guirrella (klik: ze strusiowym młotkiem). Wszystko to tak zwane przez niewykształconych redaktorsów growych sandboksy, czyli gry z otwartym światem, gdzie teoretycznie pójść można wszędzie i robić rzeczy wiele. A nazywają się tak niefortunnie z angielska, gdyż naszym redaktorsom nie chce się ruszyć mózgów i poszukać jakiegoś polskiego słowa. Zresztą po anglacku brzmi to bardzo poważnie and all, więc o co chodzi? (promotor mojej pracy mgr lubił powtarzać, że najlepsze pojęcia literaturoznawcze to te niemieckie, bo mają pierdolnięcie. Może to ta sama choroba?

Po graniu w Just Cause 2 jednak boję się, że żadna z tych gier mi się nie spodoba. W żadnej nie będę mógł wroga przyczepić do startującego samolotu za pomocą liny i patrzeć, jak odlatuje w siną dal. Żadna z nich nie nagradza mnie pieniędzmi za demolowanie obiektów państwowych. I żadna z nich nie jest zapewne tak ładna.

Just Cause 2 nieustannie kojarzy mi się z pewnym klasykiem, którego powinny pamiętać najstarsze zgredy growe, a w którą ciągle zagrywają się użytkownicy najdziwniejszego forum w Polsce. Jagged Alliance 2 (kto nie zna niech się wstydzi) podobał mi się przede wszystkim za rewolucyjny klimat i egzotyczną atmosferę. Te pierwsze godziny, kiedy po wylądowaniu na wyspie Arulco zaczynamy przejmować pierwsze miasta, najmować żołdaków i przejmować bazy fuj fuj niedobrego reżimu, powtarzałem po kilka razy – takie fajne były to początki rewolucji, które zrujnowanemu ludowi Arulco miały przynieść nowy porządek sprowadzony przez najemników.

Jagged Alliance 2 – 10/10

W Just Cause 2 mam podobnie. Za każdym razem, kiedy rozpoczynam nową rozgrywkę i widzę plecy Skorpiona, czyli meksykańskiego killera na usługach CIA, od razu się uśmiecham. Za chwilę rozpocznie się prawdziwa symfonia destrukcji, a ja jestem jej pieprzonym dyrygentem. Na kolana, wschodnioazjatyckie chamy.

Za niszczenie obiektów cywilnych punktów i pieniędzy się nie dostaje. A szkoda, realizm przede wszystkim.

2010 – albumy

3 Jan 2011, 21:48

Jest w końcu chwila, żeby siąść i zrobić przegląd hiciarskich płyt roku 2010. Tak jak podczas poprzednich podsumowań – zamieszczam rzeczy które słuchałem i które postanowiłem sobie pozostawić, wszystko co wyleciało po pierwszych kilku przesłuchaniach zostało zaplute zamazane.

-= 10/10 =-
(czyli prawdziwe demolki duszy, które zostają ze mną na całe życie)

Było czekanie, było jaranie się promo kawałkiem no i była płyta, która pozamiatała zupełnie. Prawdziwa wojenna apokalipsa w naturalistycznym (dla niektórych aż za bardzo) wydaniu. Gdyby była ciut dłuższa… trochę mi się już osłuchała… ale nie wypada tu biadolić więcej, nic konkretniejszego w 2010 nie było, kropka

Tutaj wisiał w powietrzu spory potencjał: Dżastin Bug Muzy robi remastera swojego opus magnum, pisał na blogach że elegancko tam masteruje, że bonusowy materiał – a koniec końców dostaliśmy tego samego streetcleanera co kiedyś, tyle że grającego głośniej + drugą płytę z beta miksami, popisami koncertowymi i jakimiś demówkami z kanciapy. I to chyba był strzał w dychę, bo jedyne czego brakowało tej płycie to właśnie GŁOŚNOŚĆ – i to zostało naprawione! Bonusowy materiał można sobie raz puścić i postawić na półce dla ozdoby. Najważniejsze że Streetcleaner morduje nadal tak samo, kto go nie zna, ten nic o życiu nie wie.

To nie żadna płyta niestety, tylko taki teaser – ten brytyjski rzemieślnik szumów niestety tak sobie pogrywa ze mną, nie chce płyty wydać,zupełnie jak George R.R. Martin nie chce wydać tańca ze smokami… ja sobie z nimi kiedyś o tym pogadam, zdecydowanie. Jednakże ten kawałek o słońcu – coś pięknego, pożera mnie razem z butami taktycznymi, jak go wrzucam na słuchawki w autobusie to przechodzę do innego wymiaru, i cały autobus razem ze mną. Strach pomyśleć co będzie, jak ta płyta w końcu wyjdzie.

-= 9/10 =-
(czyli znakomite albumy, powyżej moich wyśrubowanych oczekiwań)

Zazwyczaj, kiedy mocny zespół z renomą nagrywa lajtowe, ‘oświecone’ pitolenie, to ręce mi opadają (mastodon, isis, baroness i wiele wiele innych) i żal ściska. Spiral Shadow to dziwaczna płyta na którą zareagowałem inaczej – odrzucała mnie tylko przy pierwszych dwóch odsłuchach, potem zaczęła intrygować i doszło do tego że ląduje w kategorii 9/10. Nowy materiał pokazuje jaki potencjał ma ten skład, jakie rzeczy potrafi zrobić z wokalami, z gitarami, z brzmieniem, i przede wszystkim – potrafią nadal robić kapitalne kawałki, nawet jeśli nie opierają się na hiciarskich riffach i łomoczącym tandemie perkusyjnym. Byłaby dyszka gdyby nie ten felerny piąty kawałek, w którym przesadzili nieco.

Szumy wysokiej klasy, mimo że album króciutki (co to jest 46 minut szumów?) i słuchałem go naprawdę ostro, to dalej się broni. Bardzo dobre soundscapesy, bardzo fajne skrzypce, chciałoby się więcej i więcej. Będę zdecydowanie się rozglądał za kolejnymi szumami od tej ekipy i każdemu polecam, niezależnie czy lubi mertsbaua czy nie.

Płytka podesłana przez Marcina, chyba w ramach żartu – do dziś mi Marcin nie wybaczył że mi się Kingdom na asymmetry podobało. No i tak żartobliwie mi ją podesłał, a ja się w nią poważnie wkręciłem! Mimo że nuta zdecydowanie spod znaku listonosza Pata, to nasycenie ambientami i szumami ciągnie ją mocno do góry, no i riffy są po prostu miejscami WYBORNE… przyjemność ze słuchania tego albumu do dziś mnie zaskakuje, tak więc wrzucam do worka 9/10. Duuużo fajniejsze od amenra.

-= 8/10 =-
(solidne płyty, które zawsze mam ochotę sobie zapuścić)

Od czasu żurnala w którym recenzowałem to dzieło, minęło już sporo czasu. I wiele, wiele kolejnych odsłuchów. I nawet film obejrzałem, ten który jest tematem tej płyty. I chyba pomogło, bo teraz cenię ją dużo bardziej – aż mi się gęba śmieje jak tego słucham, no i sample z filmu teraz wychwytuję, powaga pełna. Parę wolniejszych momentów i jeden daremny kawałek powodują że ocena nie będzie wyższa.

Ta grupa reprezentuje tak ujednolicony styl grania, że nie będę się silił na jakiekolwiek nowe słowa – wystarczy chyba TUMMMMMMMMMM TUUUUUUMMM KSZ! AAAAAaaAaA! I w zasadzie tak by można przedstawiać prawie każdy utwór Monarch. Na obronę Mer Morte w kategorii 8/10 dorzucam, że lubię Khanate i lubię jak ta dziewczyna wyje z pogłosem.

Tutaj się należy sprostowanie już na wjeździe – nie jest to zdecydowanie płyta, którą zawsze mam ochotę sobie zapuścić. O nie nie. Ocena 8/10 wynika tutaj z dostrzeżenia obiektywnej wartości tej płyty – Harris pojechał po bandzie tym razem i nagrał bity w których coś się dzieje, i to mocno dość – dużo twardych brzmień, naparzania młotkiem w blaszane wiadro, same struktury bitów też dość bezlitosne – i na dodatek to wszystko się rozciąga na przestrzeni 55 minut – ból głowy murowany. Ale posłuchać trzeba, bo wygląda na to że Harrisa ktoś ze śpiączki wybudził.

-= 7/10 =-
(dobre płyty, zostają w kolekcji)

Ten zespół też mi Marcin polecił i siadł mi- ta epka o rowie dużo bardziej co prawda, ale album też jest dość godzien. Kawał porządnego noisecore z żelaznym przydźwiękiem w stylu Noxagt, do tego niezły całkiem wokal i spora dawka dramatyzmu. Wspieraj norweską scenę, badaj Årabrot!

Nie pomogła przesroga nazwa płyty, nie udało się bongripperom podnieść po nudnawym hate ashbury. Mimo początkowego zniechęcenia, słuchałem ich jednak uparcie (po hippie killerze mają spory kredyt zaufania u mnie) i płyta jednak się broni. Drugi utwór (SATAN, taki tytuł) ją mocno winduje do góry, reszta to niestety dość przeciętne riffy z wąsem.

Głośny zespół ostatnimi czasy, dużo się o nich mówi. Płyta ciekawa, dużo noisecore z niezłą perkusją i piszczącymi gitarami w stylu ‘Steve Austin się nudzi’. Jednak całość jakoś tak bezboleśnie przechodzi, nie ma walnięcia w mordę, nie ma prucia z AR-15, nie ma zapłakanej poduchy i pokrwawionych nadgarstków… a i ten kabaretowy wokal jakoś nie pomaga. 7/10 to ocena która mi tu bardzo pasuje.

Nie jestem specjalnym fanem tej grupy, poprzednia płyta była nawet skoczna, ale rzadko jej słucham. Ta też nie jest zła, chociaż mocno spuścili z tonu i teraz pitolą i śpiewają, wzorem isis i innych zdewaluowanych mastodonów – plusem jest to że instrumentalnie bronią się nadal całkiem nieźle i generalnie dość żywo to brzmi. Na razie zostaje, mam jakoś klimaty na sweterki w ząbek takie…

Duże oczekiwania były no i niestety… szwajcarska maszyna poszła tym razem w bezkompromisowe chaotyczne mathcore i zdecydowali się wrzucić mniej walców i dronowania, przez co niespecjalnie jestem targetem dla tej płyty. Solidna pozycja, ale rzadko mam ochotę po nią sięgać, boję się tego napierdalania chyba… za to kawałek o plecakach jest zajebisty.

Fajna fajna płytka, mamutowa taka… ale bez fajerwerka niestety. Sporo jej słuchałem, i nic mi jakoś specjalnie nie zostało w głowie. Rozciągnięta ta płyta jest strasznie, intra po 100 minut, jakieś pejzaże, klimaty… i trochę sennie się przez to robi. Wolałem już jak pinkfloydstyle lasia śpiewała na poprzedniej…

Tutaj nie miałem żadnych oczekiwań, bo czułem że ten zespół zsuwa się w otchłań daremności, a tu całkiem całkiem niezłego matadora wysmażyli. Nie napinają się tak jak dawniej i nie straszą, ale klimaty mają bardzo w pytę – kapitalnie nagrana jest płyta, super warstwy zmieszane, wokale, rify – wszystko bardzo przyjemne i jakieś takie… melodyjne! Szkoda że bongripper nie trzyma się kompozycyjnie na takim poziomie jak ci wąsacze.

Amerykanie biorący się za martial industrial to jakoś tak mi nie pasuje, jednak ta płyta, którą podrzucił mi Marcin, całkiem nieźle się trzyma. Szczególnie początek mocny – pierwsze utwory to esencja srogiego martiala, z ginącym światem, bezsensem istnienia itd, jednak potem zaczyna się folkowe pitolenie na bałałajkach, które już jakoś mniej do mnie trafia. THE WALLS THAT ENCLOSE WILL COME TUMBLING DOWN – kiedyś było 8/10, teraz już mnie te ludowe przyśpiewki o zagładzie nieco zmęczyły.

Poprzednie dzieło tego dronoszumowca, Verdun, aktualnie punktuje u mnie 9/10. Miażdżąca epopeja, wciskająca pod powieki obraz przeoranych liniami okopów pól bitew, upstrzonych lejami po artyleryjskich pociskach oraz strzępkami drutu kolczastego, oplecionego przez rozszarpane ludzkie szczątki. Ta nowa płyta o wiedźmie gra też całkiem fajnie ale… nie ma żadnego tematu, żadnej apokalipsy, gazu bojowego, bagnetów, zardzewiałych dziurawych hełmów, ot po prostu dronowy cios za ciosem, jakieś szumy, potem znowu parę ciosów… iskry bożej brak.

-= 6/10 =-
(poniżej normy, na krawędzi pozbycia się)

Smutna płyta, miałka taka, jakieś pitu pitu, bez emocji, strachu, transowych wkrętek, zjawiskowych dziewczyn z mikrofonem… zastanawiałem się czy nie dać jej 7/10 jednak, ale za dużo średniactwa i bidy na tej płycie, kilka momentów bardziej niesamowitych nie wywinduje jej aż tak. Warto trzymać jednak – czasem wpadną znajomi, co nie za bardzo lubią te szumy czy industriale, to wtedy można im takie pioseneczki puścić cicho i sobie rozmawiać czy grać – nikt się nie skarży.

Nuda, nuda, wąs i nuda, nic polotu, nic walcowania, bardzo (za bardzo) straightforward dla mnie, może dla tego że nie palę. W zasadzie kwalifikuje się do wywalenia, dam jej jeszcze parę odsłuchów, ale raczej nie będę za nią tęsknił. OooOOO lufyceeeerrrr czarna mszaaaa czarna mszaaaaa zzzz.

Wielki powrót z głebin, bitwy w sądach o prawa do nazwy, nowy skład – i tak w ramach dowcipu postanowiłem sobie to zbadać, bo kiedyś ich sporo słuchałem. No i… całkiem całkiem! Na ich ideolo tekstowe zawsze byłem odporny, z pięknych refrenów jakoś wyrosłem, ale dla samego perkusisty warto sobie czasem puścić – mimo że te refreny w głębi płyty cięzko strawić. Miło że w końcu znowu grają jak maszyna, a nie nagrywają kowery nirvany.

Uf, zapomniałem ile to się trzeba namęczyć, żeby te wszystkie lanslinki powrzucać, fotki, jakieś formatowania… i w zasadzie większość tych płyt przewijała się w żurnalach już wcześniej, więc nawet wiele nowego w tym podsumowaniu nie ma. No ale są lanslinki, obrazki i formatowanie – żurnal z generic bełkotu zmienia się w murowanego, opiniotwórczego hita, bezlitosnego generatora komciów!

Albo nie.

Dziękuję za lekturę i do nastepnego!

Arulco, Panau, rozpierdziel

poniedziałek, 10 stycznia 2011 18:52 Skocz do komentarzy

Gram sobie w to Just Cause 2 , ale jest to chyba błąd. W kolejce czekają na mnie jeszcze (uwaga, teraz lecą linki): The Saboteur (klik: z cyckami), Far Cry 2 (klik: z zebrami), Prototype (klik: z krwawymi mackami) i Red Faction: Guirrella (klik: ze strusiowym młotkiem). Wszystko to tak zwane przez niewykształconych redaktorsów growych sandboksy, czyli gry z otwartym światem, gdzie teoretycznie pójść można wszędzie i robić rzeczy wiele. A nazywają się tak niefortunnie z angielska, gdyż naszym redaktorsom nie chce się ruszyć mózgów i poszukać jakiegoś polskiego słowa. Zresztą po anglacku brzmi to bardzo poważnie and all, więc o co chodzi? (promotor mojej pracy mgr lubił powtarzać, że najlepsze pojęcia literaturoznawcze to te niemieckie, bo mają pierdolnięcie. Może to ta sama choroba?

Po graniu w Just Cause 2 jednak boję się, że żadna z tych gier mi się nie spodoba. W żadnej nie będę mógł wroga przyczepić do startującego samolotu za pomocą liny i patrzeć, jak odlatuje w siną dal. Żadna z nich nie nagradza mnie pieniędzmi za demolowanie obiektów państwowych. I żadna z nich nie jest zapewne tak ładna.

Just Cause 2 nieustannie kojarzy mi się z pewnym klasykiem, którego powinny pamiętać najstarsze zgredy growe, a w którą ciągle zagrywają się użytkownicy najdziwniejszego forum w Polsce. Jagged Alliance 2 (kto nie zna niech się wstydzi) podobał mi się przede wszystkim za rewolucyjny klimat i egzotyczną atmosferę. Te pierwsze godziny, kiedy po wylądowaniu na wyspie Arulco zaczynamy przejmować pierwsze miasta, najmować żołdaków i przejmować bazy fuj fuj niedobrego reżimu, powtarzałem po kilka razy – takie fajne były to początki rewolucji, które zrujnowanemu ludowi Arulco miały przynieść nowy porządek sprowadzony przez najemników.

Jagged Alliance 2 – 10/10

W Just Cause 2 mam podobnie. Za każdym razem, kiedy rozpoczynam nową rozgrywkę i widzę plecy Skorpiona, czyli meksykańskiego killera na usługach CIA, od razu się uśmiecham. Za chwilę rozpocznie się prawdziwa symfonia destrukcji, a ja jestem jej pieprzonym dyrygentem. Na kolana, wschodnioazjatyckie chamy.

Za niszczenie obiektów cywilnych punktów i pieniędzy się nie dostaje. A szkoda, realizm przede wszystkim.

 

Jako że nad ww. produktem spędziłem już jakieś 50h, pozwoliłem sobie napisać parę słów na zachętę, albo też na przestrogę dla niektórych.

Po pierwsze musicie wiedzieć, że New Vegas, w przeciwieństwie do Fallouta 3, stworzony został przez środowisko devów które znamy z pierwszych dwóch Falloutów (Interplay) i nieco nowszych cRPG, takich jak Arcanum i Bloodlines (Troika). Zgodnie z tradycją dostaliśmy zabugowaną grę ze świetnymi dialogami, questami i elementami RPG. Przy czym na szczęście wyszły już ze 4 patche, najnowszy nie ma nawet tygodnia (w chwili kiedy piszę te słowa).

Po drugie, niestety, Fallout: New Vegas został zbudowany na bazie silnika Fallouta 3. Czyli widok z pierwszej osoby i śmieszny tryb real-time with pause, który w praktyce wygląda i działa jak bullet time z Maxa Payne.

Widać na powyższym filmiku legacy z FO3 (w którego nie grałem), czyli ragdolle robiące fikołki i kończyny odlatujące z ciał. Czemu głowa oddziela się od szyi przy strzale w głowę (nie w szyję), tego nie wiem… Pomijając estetykę, problemem pozostaje realizacja elementów RPG w konwencji FPS, czyli sposobu w jaki skille wpływają na efektywność bojową postaci. Nieco razi sytuacja, kiedy byle wieśniak-frajer przymuje na ryj kilka hedszotów. Tak samo rzecz się miała w 2D Fallotach, ale tam podobne absurdy łykało się łatwiej z racji symbolicznej grafiki. Postać wieśniaka można było traktować umownie jako figurkę potwora. 3D jest bardziej dosłowne.

Na pewno walka z New Vegas nie jest zła, tj. są elementy taktyki: strzelanie w części ciała żeby spowolnić/rozbroić wroga, różne typy amunicji, lunety, tłumiki, ironsighty… Czyli taki dobry FPS z elementami RPG, jeśli chodzi o samą walkę. Może to jednak nie wystarczać na niższych poziomach trudności. Ja gdzieś w połowie gry przestawiłem się na Very Hard. Wrogowie z nieco większą odpornością na ból i mocniejszymi atakami motywują do większego skupienia i staranności. Co nie znaczy, że gra jest „bardzo trudna”, chyba że ktoś gra pierwszy raz w życiu na komputerze, albo ma Parkinsona, albo jest niewidomy.

Warto wspomnieć o „Hardcore mode” przy okazji omawiania poziomu trudności. Gra wymaga wtedy od naszej postaci spania, jedzenia i picia. Jest to pewnego rodzaju udziwnienie, nie powiem uciążliwość, bo lekkie odwodnienie obniża nam niektóre statsy o 1, a czystą wodę zaskakująco łatwo jest znależć. W konwencji post-apoc woda powinna być raczej cennym surowcem, zwłaszcza że Vegas leży na pustyni. Sytuację odwrotną muszę policzyć jako minus. Nie chodzi mi o to żeby zawyżać poziom trudności, ale żeby ktoś pomyślał o zadbaniu spójnośći Falloutowego świata.

Przypuszczam, że devom przy tworzeniu „Hardcore mode” chodziło o urozmaicenie podróży i lekki ukłon w stronę „realizmu”. Wolałbym jednak, żeby zajęli się zamiast tego stworzeniem lepszego sytemu poruszania się po mapie. W systemie z FO3 można chodzić wszędzie na piechotę (zajmuje wieki), albp „podróżować” przez World Mapę, nie napotykając żadnych random encounterów. Jest to w gruncie rzeczy opóźniona teleportacja, bo czas płynie podczas „skoków”. Tęsknię za mapą z jedynki czy dwójki, gdzie czas podróży i random encountery odstręczają od „skakania” po lokacjach. Jedyne pocieszenie w New Vegas: wpierw trzeba odkryć lokację, żeby móc się do niej dostać „na szybkiego”. Łażenie po pustyni jest więc wymagane do pewnego stopnia.

Podróżujemy, walczymy, questujemy; jedni nas lubią, inni mniej. Wspomniałem na początku, że questy mi się podobają. Są zrobione z pomysłem i świetnie napisane. Mają często kilka rozwiązań i wątków. Rozczulający jest kompas, który pokazuje w formie radaru waypointy do rozwiązywania questów – na szczęście nie pokazuje wszystkich możliwych opcji. Czasami można iść na skróty, użyć skilla i ułatwić sobie życie, albo pogadać z kimś i obejść np. zamknięte drzwi (za pomocą skilla albo kasy). Podoba mi się często spotykana możliwość użycia w rozmowie skillów innych niż Speech, nawiasem mówiąc b. istotny i często używany w NV. Akurat nie szedłem w niego wcale, mimo czego często mogłem ciekawie rozwiązać rozmowę za pomocą innych umiejętności.

Nie skończyłem jeszcze gry. Kuszą mnie nieodwiedzone lokacje i nierozwiązane questy (w tym te związane z rekrutowanymi NPCami), no i zastanawiam się jak rozwiązać ostatecznie kwestię miasta Vegas. Pod koniec otwiera się dużo możliwości i pokazują się dość ważne opcje. Wiem już, że na koniec gry dostanę różne zakończenia dla miast i NPCów, tak jak w dwójce i jedynce. Z tego wzglęu poleciłbym grę fanom RPG, chyba że kogoś bardzo brzydzi strzelanie z pierwszej osoby. Jest to zrozumiałe. Ja jestem fanem hybrydy FPS-RPG, w tej kategorii gra świetnie się sprawdza. Na pewno nie jest to FO1/2, bo wtedy to się miało 16 lat, czyż nie?

 

Koniec świata już bliski, niejedno za tym przemawia, a wśród przesłanek rychłej zagłady jest też między innymi i ta, że przydarzyło mi się ostatnio skończyć grę! To wydarzenie było tak traumatyczne nawet dla mnie,  że aż postanowiłem podzielić się ze światem tą niesamowitą nowiną. Do rzeczy więc (a czytając wyglądajcie za oknem cienia komety):

Tak się złożyło, że trafiła w moje ręce niedawno oryginalna (sic!) wersja gry. Nie byle jaka to gra, bo szczelanka. I jak dla mnie to wręcz nowiuśka (jak byście nie wiedzieli to zatrzymałem się na tak gdzieś w pół drogi między Q3 a Doom3). I z jakimiż to pięknym bajerem od razu. Cell-Shading, komiksy, miodzio… XIII.

Tak więc wziąłem się za te 4 płyty, wyciągnąłem, zaczynam instalować i patrzę: można wziąć opcję „pełnej” instalacji. Myślę „o kurka kret! w końcu na coś się nada ten 160-gigowy dysk, który mam od jakichś 3 lat niezapełniony!” No to biorę opcję i czekam aż się te 1,5gb zgra z płytek, żonglujac nimi co chwilę niczym dyskietkami z Q1, na których niegdyś mój kumpel usiłował przemycić „nowoczesną szczelankę” do szkolnej pracowni komputerowej. Pożonglowałem, ale bez stresu, wszak liczyłem, że wraz z taka piękną opcją instalacji, zabawy z płytami się skończą. No cóż, wyszedłem na frajera… nie ostatni zresztą raz, ale wiadomo frycowe przy „nowych” grach trzeba zapłacić.

Odpalam grę, komiksowe, a jakże menu… pomysł niezły, choć wykonanie, no powiedzmy, to już mniejsze zło, niczym głos w wyborach parlamentarnych. Ale co tam, od razu idę do opcji, bo porządna konfiguracja to podstawa! I zdziwienie, bo widzę, że nawet za bardzo nie muszę kombinować ze sterowaniem i innymi szmerami, bajerami. Wszystko co trzeba w standardzie już jest. Rzeczywiście coś chyba przespałem. Spoko, jest plus.

I w końcu zaczynamy grę. I… jakieś spiski, jakieś zamachy, jakieś kuklukklauny poo-przebierane (jakby to Czarek P. w którejś ze swych słynnych kreacji powiedział, krzywiąc gębę w sposób, którego nie powstydziłby się ktoś dziedzicznie obciązony). Plus mamy tu jakiegoś twardziela z amnezją. Od razu czuć twista na kilometr (fajnie znać rozwiązanie zanim się dobrze zacznie grać!). Zresztą, co mi tam:  sprawdzam karty bez podbijania, bo nie mam ochoty na blefy: cliche motywy flaki mi poprzewracały na drugą stronę, ale w pewnym momencie pogodziłem się ze swoim losem (i problemami z wypróżnianiem) i już tylko siekałem złych panów ze SPADSu. Taka dygresja na boku: jeśli to jest rzeczywiście taka wierna adaptacja komiksu, to zaczynam się przychylać do zdania niektórych sz. kolegów o fanach tego gatunku sztuki… bo to ponoć jest jakiś ‘kultowy prawie’ komiks.

Ale tak sobie gram, jak jest jatka, to jest fajnie. Jak każą sahować, to niby też, tylko $#^*(&#^$* ja *%$^@#$, w ^$#*$^(* $&*$ #*&$&#, co za ludzie wymyślili, że jak się zapisuje stan gry po żmudnym kilkunastominutowym skradaniu to po odczytaniu go wracamy do stanu z ostatniego „punktu kontrolnego”? Czy ja wyglądam na skośnookiego człowieka nie wychodzącego nigdy ze swojej celi 2x2m, trenującego jeden poziom po 500 razy, żeby dojść do perfekcji? Albo chociaż fana mangi (względnie anime), co to oddałby nerkę za miejsce w kąciku takiej celi? Jak gram w grę po pracy, na najniższym poziomie trudności, to oczekuje, że się sama przejdzie, a jak się jednak coś nie uda (no ale bez przesady, za co ja k. płacę?), to sobie to wczytam i po sprawie. Gdzie te piękne czasy ja się pytam? Czy godzi się tak szarpać staruszka? Fani konsol – powiem wam tylko tyle: zasługujecie na swój los jednak.

A wracając do tematu, grałem sobie od punktu kontrolnego, do punktu kontrolnego, co drugi dzionek, lejąc na fabułę, lejąc na doczytywanie każdego levelu z płyty i wymianę tejże co jakiś czas, szczelając z kuszy (w wodzów hamerykańskich), szczelając z kolta, szczelając w końcu z kałasza i innych takich. I to było dobre. Gorsze było szukanie jakichś tajnych przejść zamaskowanych, żeby dotrzeć do następnego sejwpojnta, bo już kulturalnie drzwi otworzyć nie umie taki tajny agent, jeden z drugim. Ale może już tak mają ci tajni agenci… nie wiem, ale Garrett to chociaż szczałe z łuku umiał z liną puścić, a ten ma niby haka teleskopowego, ale gdziekolwiek bądź wszczelić się już nie umie. Gość. Więc na chuj mi taki hak? Żeby chociaż się dało nim akcję a’la żółty z mortala… aaaaa… co ja pierdole. Dość.

Jeszcze bossowie też musieli być, jak przystało na porządną grę konsolową. Zzzz… szczeliłbym im z haka jakby się dało i podczepił pod sufitem na postrach fanom konsol, ale znowu się nie dało. :(

No generalnie, jak to jeden z moich autorytetów w sprawach gier komputerowych zwykł pisać: podobała mi się gra, bo była fajna. I faktycznie zdziwiłem się, bo nawet na tyle to było relaksujące, że udało mi się w 2 tygodnie skończyć. Oczywiście po tym jak uprzednio zostałem brutalnie mentalnie rozdziewiczony przez gang konsolowych ficzersów i skończyłem w stanie potraumatycznej katatoni. A więc „AHOJ PRZYGODO!” i „Witaj świecie nowych wspaniałych gier!”

pozdro666

PS. Jak to dobrze, że mój komp to już stary złom i żadne gaylo mi nie pójdą, bo aż się boje, gdzie by mógł mnie zaprowadzić syndrom sztokholmski… A póki co może znowu się odstresuje „robaczkami” (jak podsumowano mi jakiś czas temu Dwarf Fortress).

 

cześć lamusy i inni nieszanowni czytelnicy. nazywam się wojtek i jestem wielce poważnym dziennikarzem branży growej. nie mam co prawda iksboksa, co mnie z góry skreśla pod kątem wiarygodności u niektórych, ale chuj z nimi. ważne, że sam o sobie myślę, że jestem ważny, a w rzeczywistości jestem za głupi, by móc recenzować książki, filmy czy płyty, bo słucham głównie radia i empetrujek na ajpodzie szafl, a z książek przeczytałem tylko janka muzykanta a i tak z trudem. na filmie się nigdy nie mogłem skupić, wolę oglądać modne seriale w stylu Frendsów, to teraz jest popularne.

nie o tym miałem jednak, wszak każdy wie jak bardzo poważani są redaktorzy za 3 zeta z opiniotwórczych pisemek i serwisów internetowych (a poważani są bardzo przez rzesze piętnastolatków, którym mama kupiła iksboksa na urodziny). miałem napisać profesjonalną i megarzetelną recenzję Bioshocka 2, gry, którą jeszcze niedawno co poważniejsi znawcy tematu skreślali, a dzisiaj jarają się czymś, gdzie wciska się jeden guzik na dwadzieścia minut, czyli hewi rejn, następce farenhajta, w którym to (jak zapewne pamiętacie, albo i nie, bo nie gracie w te nowe modne gry) trzeba było kręcić myszą, by się wczuwać. teraz przechodzimy do meritum. radzę się przygotować, bo będzie duża dawka OBVIOUSNESS-u, ponieważ nie można odstawać od ogólnego poziomu piśmiennictwa w BRANŻY.

Bioshock 2 jest kontynuacją Bioshocka jeden (no shit), gry, którą niektórzy nazwali megarewolucyjną i genialną, ale nie wiedzieli, że to tylko dumbed-down System Shock 2 w innej scenerii. nie wiedzieli o tym, dlatego, że pierwszą ich grą było jakieś halo (moar liek gaylo). Tu obrazek poglądowy dla tych, co nie wiedzą co to jest (w tym wypadku niewiedza jest błogosławieństwem):

Tak czy inaczej, pomimo tego że nic nowego ten cały Bioszok nie wniósł, był anyway dobra i podobała mi się ta gra, bo była ciekawa. Na tyle, że Sashh mógł ją przejść z siedem razy. Ach ta wizja utopii, idealnego państwa (w tym wypadku podwodnego miasta Rapture), w którym każdy inny, wszyscy równi. Szkoda tylko, że całą tę ideę szlag trafił, miasto pogrążyło się w chaosie. A wszystko przez jakieś durne morskie ślimaki.

No ale ale, zbaczam tu z kursu. Przecież miało być o grze, a nie o jakimś pieprzeniu o mieście pod wodą (zupełnie bes sęsu swoją drogą). Akcja Bioszokuw Dwuch toczy się 10 lat po skończeniu się części pierwszej. Rapture dalej istnieje, dalej jest zamieszkane przez wszystkich tych splicerów (po polsku GENOFAGÓW), jeno przywódca się zmienił. Otóż słynny Andrew Ryan odwalił kitę (o czym zapewne wiedzą ci, co doszli do połowy jedynki SPOILER ALERT), w jego miejsce pojawiła się niejaka Sofia Lamb. Pani ta jest tak nawiedzona (przez co wkurwiająca), że gorzej chyba się nie da. Jest ona mroczną przywódczynią sekty, zwanej jako The Family (zapewne po polsku to będzie „familia” albo „familiada”), a której celem jest odbudowanie Rapture przez głoszenie daremnych ideologii i pomysł stworzenia CZŁOWIEKA, KTÓRY BĘDZIE PRZECHOWYWAŁ WSZYSTKIE WIELKIE UMYSŁY Z RAPTURE I KTÓRY POŚWIĘCI SIĘ DLA DOBRA LUDZKOŚCI, WYZBYWAJĄC SIĘ SWOJEGO „JA”. Pomysł ten jest tak daremny, że nawet prototypowy Big Daddy, w którego się wcielamy, stwierdził, że musi pozamiatać. Nie będzie się przecież jakieś daremne barachło panoszyło po jego mieście, pierdoląc od rzeczy o pseudofilozofii. Przy okazji chcemy uratować Eleanor, swoją Little Sister, którą dziwnym zbiegiem okoliczności właśnie Lamb porwała i którą chce wykorzystać do realizacji swojej idiotycznej idei.

Czyli gramy tym razem jako Big Daddy, dokładnie to jeden z tych prototypowych, a którego imię brzmi Subject Delta (czyli Oddział Delta w polskiej wersji zapewne). W miarę postępów fabuły odkrywamy tam kolejne szczegóły na temat samego siebie bla bla bla, nobody gives a fuck. W Bioszoku jedynce wkurwiało mnie to, że trzeba było ciągle przełączać między tymi plazmidami a normalnymi brońmi, na szczęście tutaj tego robić nie trzeba! Mamy od razu do dyspozycji dwie ręce (w końcu ktoś zauważył, że każda żywa istota tak ma) i możemy jebać plazmidami – podpalać, strzelać tam prundem czy robić SWARM RELOCATION – i zapodawać szczały ze szczotgana at the same time!111 Zmienił się również sposób hakowania, tym razem trzeba wciskać guziki w odpowiednim momencie. To tak, żeby się wczuć bardziej, rozumiecie. Albo i nie, bo jesteście za głupi, żeby zrozumieć coś tak pięknego i gracie tylko w jakieś kolejne wersje monopoly.

Wątek fabularny całkiem daje rady. Nawet pomijając idiotyczne gadki Lamb i jeszcze durniejsze pomysły można tam się nieźle wkręcić. Poza tym, że mało nowego tu w stosunku do jedynki, ale kogo to kurwa obchodzi, skoro dobrego ulepszać nie trzeba. Płaczą nad tą grą tylko lamusy za 3 zeta.

Czyli w skrócie pederaści i inni console-whores myślący, że każda gra musi być 9,3/10 i wnosić chujwieco do gatunku, w rzeczywistości będąc niedorozwojami i grając w Halo na iksboksie, a najleprzą grą ever (bo to, że jakaś gra się najlepiej sprzedaje nie znaczy, że jest best game ever xD) jest wg tych typów Modern Shitware 2. Bioshock 2 to dobra gra i chuj. Może nie różni się zbytnio od jedynki, ale kogo to kurwa obchodzi, skoro gra się w to lepiej niż w jakieś przereklamowane gówno.

Multi nie jest jakieś może aż tak atrakcyjne dla zjebów jak jakieś cheap gówno w stylu Kol of Djuty ostatniego, ale ja tam mówię, że gra się w nie fajnie. Wpasowuje się w całą historię a i fajnie jest tam poszczelać i ponakurwiać innych incinerate’em. Standardowe tryby – defmecz, defmecz drużynowy, ctf (tutaj trzeba tam przechwycić Little Sister w miejsce flagi) i… tam inne. Przyjemny dodatek.

Ocena? Oceny są dla pedałów nieumiejących przeczytać tekstu od początku do końca i wyciągnąć z niego wniosków. Moim zdaniem Bioshock 2 jest dobry, przyjemnie się gra i jest odtrutką na te fekalia, którymi zalewa się grających w dzisiejszych czasach. Bardzo mi się podobała ta gra, bo była ciekawa.

 

Pewnie się zastanawiacie, na co czeka nasza gwiazda zaranna publicystyki polskiej i zagranicznej związanej z tą największą branżą rozrywkową!?

Otóż powiem Wam na co czekam:

1. Bad Company 2 – przed chwilą dosłownie skończyłem jedynkę i jestem megazajarany zniszczalnym środowiskiem. Jeśli zachowają durny humor z jedynki, będzie fajna sprawa. Multi nei ruszam, bo to wymaga godzin uczenia się i grania w klanach, a że uważam, że ludzie to hcuje, to wolę się trzymać z dala od ich skupisk.

2. Mass Effect 2 – jedynka dobrym szuterem była w klimacie sf i chyba jednym z niewielu udanych przedsięwzięć tworzenia nowego świata fantastycznonaukowego od samego początku (w grach). Co prawda mi się znudziła, ale podobno tam w dwójce sejw z jedynki działa, więc może zagram jeszcze raz.

3. Dante’s Inferno – bo będzie można krzyż w dupę szatanowi wsadzić.

4. Splinter Cell: Conviction – bo będzie fajny coop, bo jestem fanem Sama Fiszera (i pracuję na ulicy jego imienia!), a Double Agent był dobrą grą. Bo Ubi ma fajną markę i nie może jej zepsuć, bo zostanie tylko wątpliwej jakości miszmasz pod nazwą Ass ass in Creed

5. Medal of Honor – bo to będzie Call of Duty: Modern Warfare 3, czyli tam fajnie będzie i szybko i hilihopterem będzie można latać, i może się w końcu jakaś jebana pustynia pokaże, bo jak na razie z gier wychodzi, że ten Bliski Wschód to jedna wielka aglomeracja jest, a wiadomo że tam beduiny gdzieś muszą wielbłądy wypasać, nie?

I to tyle, na więcej nie czekam, a na niektóre tytuły wręczn ie czekam! Ale o tym w następnym wpisie!

 

czyli kolejna pro recenzja w wykonaniu kwiatu  dziennikarstwa (sic!) growego!

jest sobie taka firma Gearbox, która to sobie krytykuje Valve, że ci drudzy nie robią gier na PS3. Bo tam wiadomo, konsole to siła jest, nie można nie robić na konsole, bo to się nie opłaca. A Valve robi gry na PC, no i na xboksa, bo xboks to taki PC z zamkniętą architekturą i pedaliskimi awatarami.

no więc ta firma zrobiła grę Borderlands, której multi (modny ostatnio czteroosobowy coop) nie działa dobrze na pc. Co więcej, w opcjach nie umieszczono nawet możliwości wyciszenia mikrofonu i bilda keya do voicechata, więc Michał był zły, bo jego żona nie lubi, kiedy Michał gada  z obcymi ludźmi i ona nie może do niego mówić.

Ale skoro to jest pro recenzja, to zrobimy taki mały myk i napiszemy ją w sposób UKIERUNKOWANY I ZMODYFIKOWANY POD WZGLĘDEM CZYTELNIKÓW i w ogóle.

słowo wstępu:

borderlands to strzelanina fps, która próbuje zrobić to, co było kiepskie w Hellgate: London, czyli takie Diablo plus szczelanie. gra dzieje się na Pandorze, postapokalitpycznej planecie, na której mieszka mnóstwo świrów. Wróćmy jednak do naszego UKIERUNKOWANIA I MODYFIKACJI:

sah: celebrycie ze szczecina sposoba się z pewnością ogromna ilość lootu – z zabitych wrogów ciągle wypadają karabiny, pistolety, szotgany, rewolerwery, amunicja, granatniki. jest tak ekran ekwipunku, gdzie to można zmieniać and all. bardzo ładnie działa porónywanie statsów broni 5/10

sashh: borderlands dobrze działa na konsolach, dużo jest acziwmentów podobno. no i gra zbudowana jest na mmodłę, czyli duże tereny wypełnione wrogami i questy polegające na zbieraniu zębów na igły i skóry na kapcie. multi jest całkiem sprawne, więc można się pobawić we 4 osoby, ale z drugiej strony tu się ciągle walczy, a nie jedzie przez 2 godziny ciężarówką, biegnie przez godzinę przez las i ginie od jednej kuli. 6/10

durbik: nie ma tur, ale po trafieniu przeciwnika pojawia się nad jego głową liczba obrażeń, nie wiem czy to wystarczy panzer general/10

koki: nie wiem, na pewno ktoś już zrobił moda, który zmienia dźwięk broni na bardziej realistyczny stalker/10

b: świat jest tam postapokaliptyczny w stylu madmaksa, ale grafika komiksowa, więc w sumie nei wiem czy się spodoba. ale…! czasami napadają na nas psychopatyczne krasnale z płonącymi głowami wyposażeni w toporki, więc może… ?/10

keiran: console gaming więc się spodoba – 8/10

ignus: powiedzieli źle o valve więc mu się nie spodoba i głównie na konsole więc TFUJ WRUG 2/10

to tyle

 

cześć ludziki! mam na imię michał i pracuję w branży dziennikarstwa growego. to znaczy nie jest to żadne dziennikarstwo, bo siedzimy w biurze i przepisujemy newsy zza granicy. to znaczy nie ja przepisuje bo jestem za ważny na to, inni są od tego.

ale schodzę z tematu. chciałem podzielić się z wami dzisiaj misie moimi myślami na temat gry call of duty modern warfare 2. jako ze tam pracuje w branży to wiadomo, że jestem dość mądry i doświadczony, więc zamknijcie mordy i czytajcie co wam piszę. recenzja ta będzie miała jedyną prawidłową konstrukcję artykułu oceniającego grę, wypracowaną przez 20 lat przez polskich dziennikarzy growych.

będzie więc ładny wstęp, rozwinięcie, trochę o fabule, grafice, dźwięku i trybie multi. na końcu znajdziecie zaś podsumowanie oraz ocenę. to znaczy tak bym zrobił, ale tak nie zrobię, bo nie jestem tak jak reszta moich kolegów po fachu aż takim profesjonalistą, to znaczy nie zacząłem recenzować gier w wieku 15 lat, nie załapałem się do redakcji robiąc loda naczelnemu i nie płaszczę się przed szefem polskiego oddziału xboksa, żeby tylko dostać grę. taki gupi jestem, więc i pewnie w branży długo nie pożyję. lepsze to niż nie bycie w niej w ogóle, jak na przykład Wy.

modern warfare 2 to druga część (ha ha!) alternatywnej linii fabularnej call of duty, rozgrywającej się w czasach współczesnych. tam wiadomo, modern warfare zajebiście się sprzedało, tryb multi był całkiem całkiem (taki quake 3 z normalnymi ganami), więc wiadomo było, że będzie część druga. no i wiadomo było, że będzie to sukces, stara zasada, im więcej kasy wyda się na marketing, tym więcej się zarabia. a 50 mln $ na marketing (czyli tyle, ile gra kosztowała) to całkiem spora suma, zapewne całe ppk mogłoby żyć godnie za te pieniądze (nie sashh, bo on maty kupuje, bo one są drogie).

no i gra jest fajna. fajne jest to, że scenarzyści (hy hy) mają całkowicie w dupie logikę i oczekiwania tak zwanej branży. wszyscy się rozpisują, że tam fabuła jest durna i nielogiczna. a gracze grają. bo gówno ich tak naprawdę obchodzi, jak kapitan price stary wyga siedząc 5 lat w więzieniu nie zapomniał jak się strzela, że atomówka jak wybuchnie w kosmosie, to jej podmuch działa jak emp? gówno to kogo obchodzi, ważne jest to, że się biega po rio, że się biega po syberii i rozpiżdża ruskich i fajnie to wygląda

teraz multi. multi jest przepiękne, choć jak na mój gust trochę zbyt chaotyczne. to znaczy myślałem tak dotąd, teraz myślę inaczej. dlaczego? bo jeszcze do tego tygodnia traktowałem to multi jako coś taktycznego. a to nie jest taktyczne, to jest quake 3. strzelając do przeciwnika najlepiej jest najpierw skoczyć, później upaść na ziemię, wstać i znowu skoczyć, co by trafionym nie zostać. w ogóle najlepszym buildem (coś dla saha, może sobie pooglądać na jutubie różne bildy postaci) jest połączenie komando (że tam nożem się ciacha na większą odległość), lajtwejt (że się szybciej biega) i maraton (czyli nieskończony sprint). taki fajny bild ma tę przewagę, że biega się po mapie i morduje ludzików nożem. szczególnie tych, co to się nauczyli już każdego zakamarka mapy i kampią niemiłosiernie.

aha, brak serwerów dedykowanych nie przeszkadza. oznacza to mniej więcej to, że nie trafi się na jakiś klanowy serwer, gdzie admini rozrzucają sobie kicky i bany jak chcą, kickują Cię, kiedy jakiś ważny patafian chce wejść. mam gdzieś klany, bo w żadnym nie gram, chcę po prostu się dobrze bawić, a cała ta filozofia elitarności i bycia lepszym, która hardcorowców w klanach otacza mnie wkuźwia.

czyli jednym słowem – dobra gra. trochę droga (jak by Was to coś obchodziło), ale jak by o połowę cenę obniżyli (czego nigdy nie zrobią, skoro modern warfare jeden wciąż kosztuje tyle samo), to moglbyśmy pograć razem.

© 2012 Idź do domu bo się nie nadajesz Suffusion theme by Sayontan Sinha