zan

avatar

 

Gram sobie w to Just Cause 2 , ale jest to chyba błąd. W kolejce czekają na mnie jeszcze (uwaga, teraz lecą linki): The Saboteur (klik: z cyckami), Far Cry 2 (klik: z zebrami), Prototype (klik: z krwawymi mackami) i Red Faction: Guirrella (klik: ze strusiowym młotkiem). Wszystko to tak zwane przez niewykształconych redaktorsów growych sandboksy, czyli gry z otwartym światem, gdzie teoretycznie pójść można wszędzie i robić rzeczy wiele. A nazywają się tak niefortunnie z angielska, gdyż naszym redaktorsom nie chce się ruszyć mózgów i poszukać jakiegoś polskiego słowa. Zresztą po anglacku brzmi to bardzo poważnie and all, więc o co chodzi? (promotor mojej pracy mgr lubił powtarzać, że najlepsze pojęcia literaturoznawcze to te niemieckie, bo mają pierdolnięcie. Może to ta sama choroba?

Po graniu w Just Cause 2 jednak boję się, że żadna z tych gier mi się nie spodoba. W żadnej nie będę mógł wroga przyczepić do startującego samolotu za pomocą liny i patrzeć, jak odlatuje w siną dal. Żadna z nich nie nagradza mnie pieniędzmi za demolowanie obiektów państwowych. I żadna z nich nie jest zapewne tak ładna.

Just Cause 2 nieustannie kojarzy mi się z pewnym klasykiem, którego powinny pamiętać najstarsze zgredy growe, a w którą ciągle zagrywają się użytkownicy najdziwniejszego forum w Polsce. Jagged Alliance 2 (kto nie zna niech się wstydzi) podobał mi się przede wszystkim za rewolucyjny klimat i egzotyczną atmosferę. Te pierwsze godziny, kiedy po wylądowaniu na wyspie Arulco zaczynamy przejmować pierwsze miasta, najmować żołdaków i przejmować bazy fuj fuj niedobrego reżimu, powtarzałem po kilka razy – takie fajne były to początki rewolucji, które zrujnowanemu ludowi Arulco miały przynieść nowy porządek sprowadzony przez najemników.

Jagged Alliance 2 – 10/10

W Just Cause 2 mam podobnie. Za każdym razem, kiedy rozpoczynam nową rozgrywkę i widzę plecy Skorpiona, czyli meksykańskiego killera na usługach CIA, od razu się uśmiecham. Za chwilę rozpocznie się prawdziwa symfonia destrukcji, a ja jestem jej pieprzonym dyrygentem. Na kolana, wschodnioazjatyckie chamy.

Za niszczenie obiektów cywilnych punktów i pieniędzy się nie dostaje. A szkoda, realizm przede wszystkim.

2010 – albumy

3 Jan 2011, 21:48

Jest w końcu chwila, żeby siąść i zrobić przegląd hiciarskich płyt roku 2010. Tak jak podczas poprzednich podsumowań – zamieszczam rzeczy które słuchałem i które postanowiłem sobie pozostawić, wszystko co wyleciało po pierwszych kilku przesłuchaniach zostało zaplute zamazane.

-= 10/10 =-
(czyli prawdziwe demolki duszy, które zostają ze mną na całe życie)

Było czekanie, było jaranie się promo kawałkiem no i była płyta, która pozamiatała zupełnie. Prawdziwa wojenna apokalipsa w naturalistycznym (dla niektórych aż za bardzo) wydaniu. Gdyby była ciut dłuższa… trochę mi się już osłuchała… ale nie wypada tu biadolić więcej, nic konkretniejszego w 2010 nie było, kropka

Tutaj wisiał w powietrzu spory potencjał: Dżastin Bug Muzy robi remastera swojego opus magnum, pisał na blogach że elegancko tam masteruje, że bonusowy materiał – a koniec końców dostaliśmy tego samego streetcleanera co kiedyś, tyle że grającego głośniej + drugą płytę z beta miksami, popisami koncertowymi i jakimiś demówkami z kanciapy. I to chyba był strzał w dychę, bo jedyne czego brakowało tej płycie to właśnie GŁOŚNOŚĆ – i to zostało naprawione! Bonusowy materiał można sobie raz puścić i postawić na półce dla ozdoby. Najważniejsze że Streetcleaner morduje nadal tak samo, kto go nie zna, ten nic o życiu nie wie.

To nie żadna płyta niestety, tylko taki teaser – ten brytyjski rzemieślnik szumów niestety tak sobie pogrywa ze mną, nie chce płyty wydać,zupełnie jak George R.R. Martin nie chce wydać tańca ze smokami… ja sobie z nimi kiedyś o tym pogadam, zdecydowanie. Jednakże ten kawałek o słońcu – coś pięknego, pożera mnie razem z butami taktycznymi, jak go wrzucam na słuchawki w autobusie to przechodzę do innego wymiaru, i cały autobus razem ze mną. Strach pomyśleć co będzie, jak ta płyta w końcu wyjdzie.

-= 9/10 =-
(czyli znakomite albumy, powyżej moich wyśrubowanych oczekiwań)

Zazwyczaj, kiedy mocny zespół z renomą nagrywa lajtowe, ‘oświecone’ pitolenie, to ręce mi opadają (mastodon, isis, baroness i wiele wiele innych) i żal ściska. Spiral Shadow to dziwaczna płyta na którą zareagowałem inaczej – odrzucała mnie tylko przy pierwszych dwóch odsłuchach, potem zaczęła intrygować i doszło do tego że ląduje w kategorii 9/10. Nowy materiał pokazuje jaki potencjał ma ten skład, jakie rzeczy potrafi zrobić z wokalami, z gitarami, z brzmieniem, i przede wszystkim – potrafią nadal robić kapitalne kawałki, nawet jeśli nie opierają się na hiciarskich riffach i łomoczącym tandemie perkusyjnym. Byłaby dyszka gdyby nie ten felerny piąty kawałek, w którym przesadzili nieco.

Szumy wysokiej klasy, mimo że album króciutki (co to jest 46 minut szumów?) i słuchałem go naprawdę ostro, to dalej się broni. Bardzo dobre soundscapesy, bardzo fajne skrzypce, chciałoby się więcej i więcej. Będę zdecydowanie się rozglądał za kolejnymi szumami od tej ekipy i każdemu polecam, niezależnie czy lubi mertsbaua czy nie.

Płytka podesłana przez Marcina, chyba w ramach żartu – do dziś mi Marcin nie wybaczył że mi się Kingdom na asymmetry podobało. No i tak żartobliwie mi ją podesłał, a ja się w nią poważnie wkręciłem! Mimo że nuta zdecydowanie spod znaku listonosza Pata, to nasycenie ambientami i szumami ciągnie ją mocno do góry, no i riffy są po prostu miejscami WYBORNE… przyjemność ze słuchania tego albumu do dziś mnie zaskakuje, tak więc wrzucam do worka 9/10. Duuużo fajniejsze od amenra.

-= 8/10 =-
(solidne płyty, które zawsze mam ochotę sobie zapuścić)

Od czasu żurnala w którym recenzowałem to dzieło, minęło już sporo czasu. I wiele, wiele kolejnych odsłuchów. I nawet film obejrzałem, ten który jest tematem tej płyty. I chyba pomogło, bo teraz cenię ją dużo bardziej – aż mi się gęba śmieje jak tego słucham, no i sample z filmu teraz wychwytuję, powaga pełna. Parę wolniejszych momentów i jeden daremny kawałek powodują że ocena nie będzie wyższa.

Ta grupa reprezentuje tak ujednolicony styl grania, że nie będę się silił na jakiekolwiek nowe słowa – wystarczy chyba TUMMMMMMMMMM TUUUUUUMMM KSZ! AAAAAaaAaA! I w zasadzie tak by można przedstawiać prawie każdy utwór Monarch. Na obronę Mer Morte w kategorii 8/10 dorzucam, że lubię Khanate i lubię jak ta dziewczyna wyje z pogłosem.

Tutaj się należy sprostowanie już na wjeździe – nie jest to zdecydowanie płyta, którą zawsze mam ochotę sobie zapuścić. O nie nie. Ocena 8/10 wynika tutaj z dostrzeżenia obiektywnej wartości tej płyty – Harris pojechał po bandzie tym razem i nagrał bity w których coś się dzieje, i to mocno dość – dużo twardych brzmień, naparzania młotkiem w blaszane wiadro, same struktury bitów też dość bezlitosne – i na dodatek to wszystko się rozciąga na przestrzeni 55 minut – ból głowy murowany. Ale posłuchać trzeba, bo wygląda na to że Harrisa ktoś ze śpiączki wybudził.

-= 7/10 =-
(dobre płyty, zostają w kolekcji)

Ten zespół też mi Marcin polecił i siadł mi- ta epka o rowie dużo bardziej co prawda, ale album też jest dość godzien. Kawał porządnego noisecore z żelaznym przydźwiękiem w stylu Noxagt, do tego niezły całkiem wokal i spora dawka dramatyzmu. Wspieraj norweską scenę, badaj Årabrot!

Nie pomogła przesroga nazwa płyty, nie udało się bongripperom podnieść po nudnawym hate ashbury. Mimo początkowego zniechęcenia, słuchałem ich jednak uparcie (po hippie killerze mają spory kredyt zaufania u mnie) i płyta jednak się broni. Drugi utwór (SATAN, taki tytuł) ją mocno winduje do góry, reszta to niestety dość przeciętne riffy z wąsem.

Głośny zespół ostatnimi czasy, dużo się o nich mówi. Płyta ciekawa, dużo noisecore z niezłą perkusją i piszczącymi gitarami w stylu ‘Steve Austin się nudzi’. Jednak całość jakoś tak bezboleśnie przechodzi, nie ma walnięcia w mordę, nie ma prucia z AR-15, nie ma zapłakanej poduchy i pokrwawionych nadgarstków… a i ten kabaretowy wokal jakoś nie pomaga. 7/10 to ocena która mi tu bardzo pasuje.

Nie jestem specjalnym fanem tej grupy, poprzednia płyta była nawet skoczna, ale rzadko jej słucham. Ta też nie jest zła, chociaż mocno spuścili z tonu i teraz pitolą i śpiewają, wzorem isis i innych zdewaluowanych mastodonów – plusem jest to że instrumentalnie bronią się nadal całkiem nieźle i generalnie dość żywo to brzmi. Na razie zostaje, mam jakoś klimaty na sweterki w ząbek takie…

Duże oczekiwania były no i niestety… szwajcarska maszyna poszła tym razem w bezkompromisowe chaotyczne mathcore i zdecydowali się wrzucić mniej walców i dronowania, przez co niespecjalnie jestem targetem dla tej płyty. Solidna pozycja, ale rzadko mam ochotę po nią sięgać, boję się tego napierdalania chyba… za to kawałek o plecakach jest zajebisty.

Fajna fajna płytka, mamutowa taka… ale bez fajerwerka niestety. Sporo jej słuchałem, i nic mi jakoś specjalnie nie zostało w głowie. Rozciągnięta ta płyta jest strasznie, intra po 100 minut, jakieś pejzaże, klimaty… i trochę sennie się przez to robi. Wolałem już jak pinkfloydstyle lasia śpiewała na poprzedniej…

Tutaj nie miałem żadnych oczekiwań, bo czułem że ten zespół zsuwa się w otchłań daremności, a tu całkiem całkiem niezłego matadora wysmażyli. Nie napinają się tak jak dawniej i nie straszą, ale klimaty mają bardzo w pytę – kapitalnie nagrana jest płyta, super warstwy zmieszane, wokale, rify – wszystko bardzo przyjemne i jakieś takie… melodyjne! Szkoda że bongripper nie trzyma się kompozycyjnie na takim poziomie jak ci wąsacze.

Amerykanie biorący się za martial industrial to jakoś tak mi nie pasuje, jednak ta płyta, którą podrzucił mi Marcin, całkiem nieźle się trzyma. Szczególnie początek mocny – pierwsze utwory to esencja srogiego martiala, z ginącym światem, bezsensem istnienia itd, jednak potem zaczyna się folkowe pitolenie na bałałajkach, które już jakoś mniej do mnie trafia. THE WALLS THAT ENCLOSE WILL COME TUMBLING DOWN – kiedyś było 8/10, teraz już mnie te ludowe przyśpiewki o zagładzie nieco zmęczyły.

Poprzednie dzieło tego dronoszumowca, Verdun, aktualnie punktuje u mnie 9/10. Miażdżąca epopeja, wciskająca pod powieki obraz przeoranych liniami okopów pól bitew, upstrzonych lejami po artyleryjskich pociskach oraz strzępkami drutu kolczastego, oplecionego przez rozszarpane ludzkie szczątki. Ta nowa płyta o wiedźmie gra też całkiem fajnie ale… nie ma żadnego tematu, żadnej apokalipsy, gazu bojowego, bagnetów, zardzewiałych dziurawych hełmów, ot po prostu dronowy cios za ciosem, jakieś szumy, potem znowu parę ciosów… iskry bożej brak.

-= 6/10 =-
(poniżej normy, na krawędzi pozbycia się)

Smutna płyta, miałka taka, jakieś pitu pitu, bez emocji, strachu, transowych wkrętek, zjawiskowych dziewczyn z mikrofonem… zastanawiałem się czy nie dać jej 7/10 jednak, ale za dużo średniactwa i bidy na tej płycie, kilka momentów bardziej niesamowitych nie wywinduje jej aż tak. Warto trzymać jednak – czasem wpadną znajomi, co nie za bardzo lubią te szumy czy industriale, to wtedy można im takie pioseneczki puścić cicho i sobie rozmawiać czy grać – nikt się nie skarży.

Nuda, nuda, wąs i nuda, nic polotu, nic walcowania, bardzo (za bardzo) straightforward dla mnie, może dla tego że nie palę. W zasadzie kwalifikuje się do wywalenia, dam jej jeszcze parę odsłuchów, ale raczej nie będę za nią tęsknił. OooOOO lufyceeeerrrr czarna mszaaaa czarna mszaaaaa zzzz.

Wielki powrót z głebin, bitwy w sądach o prawa do nazwy, nowy skład – i tak w ramach dowcipu postanowiłem sobie to zbadać, bo kiedyś ich sporo słuchałem. No i… całkiem całkiem! Na ich ideolo tekstowe zawsze byłem odporny, z pięknych refrenów jakoś wyrosłem, ale dla samego perkusisty warto sobie czasem puścić – mimo że te refreny w głębi płyty cięzko strawić. Miło że w końcu znowu grają jak maszyna, a nie nagrywają kowery nirvany.

Uf, zapomniałem ile to się trzeba namęczyć, żeby te wszystkie lanslinki powrzucać, fotki, jakieś formatowania… i w zasadzie większość tych płyt przewijała się w żurnalach już wcześniej, więc nawet wiele nowego w tym podsumowaniu nie ma. No ale są lanslinki, obrazki i formatowanie – żurnal z generic bełkotu zmienia się w murowanego, opiniotwórczego hita, bezlitosnego generatora komciów!

Albo nie.

Dziękuję za lekturę i do nastepnego!

Arulco, Panau, rozpierdziel

poniedziałek, 10 stycznia 2011 18:52 Skocz do komentarzy

Gram sobie w to Just Cause 2 , ale jest to chyba błąd. W kolejce czekają na mnie jeszcze (uwaga, teraz lecą linki): The Saboteur (klik: z cyckami), Far Cry 2 (klik: z zebrami), Prototype (klik: z krwawymi mackami) i Red Faction: Guirrella (klik: ze strusiowym młotkiem). Wszystko to tak zwane przez niewykształconych redaktorsów growych sandboksy, czyli gry z otwartym światem, gdzie teoretycznie pójść można wszędzie i robić rzeczy wiele. A nazywają się tak niefortunnie z angielska, gdyż naszym redaktorsom nie chce się ruszyć mózgów i poszukać jakiegoś polskiego słowa. Zresztą po anglacku brzmi to bardzo poważnie and all, więc o co chodzi? (promotor mojej pracy mgr lubił powtarzać, że najlepsze pojęcia literaturoznawcze to te niemieckie, bo mają pierdolnięcie. Może to ta sama choroba?

Po graniu w Just Cause 2 jednak boję się, że żadna z tych gier mi się nie spodoba. W żadnej nie będę mógł wroga przyczepić do startującego samolotu za pomocą liny i patrzeć, jak odlatuje w siną dal. Żadna z nich nie nagradza mnie pieniędzmi za demolowanie obiektów państwowych. I żadna z nich nie jest zapewne tak ładna.

Just Cause 2 nieustannie kojarzy mi się z pewnym klasykiem, którego powinny pamiętać najstarsze zgredy growe, a w którą ciągle zagrywają się użytkownicy najdziwniejszego forum w Polsce. Jagged Alliance 2 (kto nie zna niech się wstydzi) podobał mi się przede wszystkim za rewolucyjny klimat i egzotyczną atmosferę. Te pierwsze godziny, kiedy po wylądowaniu na wyspie Arulco zaczynamy przejmować pierwsze miasta, najmować żołdaków i przejmować bazy fuj fuj niedobrego reżimu, powtarzałem po kilka razy – takie fajne były to początki rewolucji, które zrujnowanemu ludowi Arulco miały przynieść nowy porządek sprowadzony przez najemników.

Jagged Alliance 2 – 10/10

W Just Cause 2 mam podobnie. Za każdym razem, kiedy rozpoczynam nową rozgrywkę i widzę plecy Skorpiona, czyli meksykańskiego killera na usługach CIA, od razu się uśmiecham. Za chwilę rozpocznie się prawdziwa symfonia destrukcji, a ja jestem jej pieprzonym dyrygentem. Na kolana, wschodnioazjatyckie chamy.

Za niszczenie obiektów cywilnych punktów i pieniędzy się nie dostaje. A szkoda, realizm przede wszystkim.

 

A teraz to, na co w ogóle nie czekam w tym roku i w co prawdopodobnie grać nie będę, chyba że z obowiązku:

1. BioShock 2 – nie wierzę w ten tytuł ani trochę. Jak dla mnie historia Rapture jest zamknięta. Gdyby nie robili dwójki, klimat i fabuła tej gry stałyby się legendą, a tak zafirmują nam drugi raz to samo plus debilny tryb multi do gry wybitnie single.

2. Nowy Call of Duty – nie wierzę w to, że kopiści z treyarch są w stanie przebić w jakikolwiek sposób infinity ward. Modern warfare 2 może było głupie, szybkie, odmóżdżające i papkowate, ale to taki rodzaj głupoty, szybkości, odmóżdżania i papkowatości, który najwyraźniej się sprzedaje. Będzie kupa.

Nawet jeśli zrobią w Wietnamie, to nie przebiją Vietkongu.

3.  Mafia 2 – w tę grę też nie wierzę. To samo co w punkcie jeden.

4. Starcraft II – i tak nie wyjdzie. A nawet jak wyjdzie, to pewnie będę miał to w dupie. blizzard przegrał u mnie zachowaniem wobec graczy i przesuwaniem premier. głosuję portfelem na nie.

5. Star Wars: the Old Republic – bo to MMO, które pewnie znudzi się po miesiącu. Nie lubię ludzi, wkurwiają mnie.

To w sumie tyle. Zobaczymy co los rzuci, choć w tym biznesie gdzie zapowiada się zapowiedź zapowiedzi gry, która ma wyjść za milion lat, na niespodzianki raczej nie ma co liczyć.

 

Pewnie się zastanawiacie, na co czeka nasza gwiazda zaranna publicystyki polskiej i zagranicznej związanej z tą największą branżą rozrywkową!?

Otóż powiem Wam na co czekam:

1. Bad Company 2 – przed chwilą dosłownie skończyłem jedynkę i jestem megazajarany zniszczalnym środowiskiem. Jeśli zachowają durny humor z jedynki, będzie fajna sprawa. Multi nei ruszam, bo to wymaga godzin uczenia się i grania w klanach, a że uważam, że ludzie to hcuje, to wolę się trzymać z dala od ich skupisk.

2. Mass Effect 2 – jedynka dobrym szuterem była w klimacie sf i chyba jednym z niewielu udanych przedsięwzięć tworzenia nowego świata fantastycznonaukowego od samego początku (w grach). Co prawda mi się znudziła, ale podobno tam w dwójce sejw z jedynki działa, więc może zagram jeszcze raz.

3. Dante’s Inferno – bo będzie można krzyż w dupę szatanowi wsadzić.

4. Splinter Cell: Conviction – bo będzie fajny coop, bo jestem fanem Sama Fiszera (i pracuję na ulicy jego imienia!), a Double Agent był dobrą grą. Bo Ubi ma fajną markę i nie może jej zepsuć, bo zostanie tylko wątpliwej jakości miszmasz pod nazwą Ass ass in Creed

5. Medal of Honor – bo to będzie Call of Duty: Modern Warfare 3, czyli tam fajnie będzie i szybko i hilihopterem będzie można latać, i może się w końcu jakaś jebana pustynia pokaże, bo jak na razie z gier wychodzi, że ten Bliski Wschód to jedna wielka aglomeracja jest, a wiadomo że tam beduiny gdzieś muszą wielbłądy wypasać, nie?

I to tyle, na więcej nie czekam, a na niektóre tytuły wręczn ie czekam! Ale o tym w następnym wpisie!

 

czyli kolejna pro recenzja w wykonaniu kwiatu  dziennikarstwa (sic!) growego!

jest sobie taka firma Gearbox, która to sobie krytykuje Valve, że ci drudzy nie robią gier na PS3. Bo tam wiadomo, konsole to siła jest, nie można nie robić na konsole, bo to się nie opłaca. A Valve robi gry na PC, no i na xboksa, bo xboks to taki PC z zamkniętą architekturą i pedaliskimi awatarami.

no więc ta firma zrobiła grę Borderlands, której multi (modny ostatnio czteroosobowy coop) nie działa dobrze na pc. Co więcej, w opcjach nie umieszczono nawet możliwości wyciszenia mikrofonu i bilda keya do voicechata, więc Michał był zły, bo jego żona nie lubi, kiedy Michał gada  z obcymi ludźmi i ona nie może do niego mówić.

Ale skoro to jest pro recenzja, to zrobimy taki mały myk i napiszemy ją w sposób UKIERUNKOWANY I ZMODYFIKOWANY POD WZGLĘDEM CZYTELNIKÓW i w ogóle.

słowo wstępu:

borderlands to strzelanina fps, która próbuje zrobić to, co było kiepskie w Hellgate: London, czyli takie Diablo plus szczelanie. gra dzieje się na Pandorze, postapokalitpycznej planecie, na której mieszka mnóstwo świrów. Wróćmy jednak do naszego UKIERUNKOWANIA I MODYFIKACJI:

sah: celebrycie ze szczecina sposoba się z pewnością ogromna ilość lootu – z zabitych wrogów ciągle wypadają karabiny, pistolety, szotgany, rewolerwery, amunicja, granatniki. jest tak ekran ekwipunku, gdzie to można zmieniać and all. bardzo ładnie działa porónywanie statsów broni 5/10

sashh: borderlands dobrze działa na konsolach, dużo jest acziwmentów podobno. no i gra zbudowana jest na mmodłę, czyli duże tereny wypełnione wrogami i questy polegające na zbieraniu zębów na igły i skóry na kapcie. multi jest całkiem sprawne, więc można się pobawić we 4 osoby, ale z drugiej strony tu się ciągle walczy, a nie jedzie przez 2 godziny ciężarówką, biegnie przez godzinę przez las i ginie od jednej kuli. 6/10

durbik: nie ma tur, ale po trafieniu przeciwnika pojawia się nad jego głową liczba obrażeń, nie wiem czy to wystarczy panzer general/10

koki: nie wiem, na pewno ktoś już zrobił moda, który zmienia dźwięk broni na bardziej realistyczny stalker/10

b: świat jest tam postapokaliptyczny w stylu madmaksa, ale grafika komiksowa, więc w sumie nei wiem czy się spodoba. ale…! czasami napadają na nas psychopatyczne krasnale z płonącymi głowami wyposażeni w toporki, więc może… ?/10

keiran: console gaming więc się spodoba – 8/10

ignus: powiedzieli źle o valve więc mu się nie spodoba i głównie na konsole więc TFUJ WRUG 2/10

to tyle

 

cześć ludziki! mam na imię michał i pracuję w branży dziennikarstwa growego. to znaczy nie jest to żadne dziennikarstwo, bo siedzimy w biurze i przepisujemy newsy zza granicy. to znaczy nie ja przepisuje bo jestem za ważny na to, inni są od tego.

ale schodzę z tematu. chciałem podzielić się z wami dzisiaj misie moimi myślami na temat gry call of duty modern warfare 2. jako ze tam pracuje w branży to wiadomo, że jestem dość mądry i doświadczony, więc zamknijcie mordy i czytajcie co wam piszę. recenzja ta będzie miała jedyną prawidłową konstrukcję artykułu oceniającego grę, wypracowaną przez 20 lat przez polskich dziennikarzy growych.

będzie więc ładny wstęp, rozwinięcie, trochę o fabule, grafice, dźwięku i trybie multi. na końcu znajdziecie zaś podsumowanie oraz ocenę. to znaczy tak bym zrobił, ale tak nie zrobię, bo nie jestem tak jak reszta moich kolegów po fachu aż takim profesjonalistą, to znaczy nie zacząłem recenzować gier w wieku 15 lat, nie załapałem się do redakcji robiąc loda naczelnemu i nie płaszczę się przed szefem polskiego oddziału xboksa, żeby tylko dostać grę. taki gupi jestem, więc i pewnie w branży długo nie pożyję. lepsze to niż nie bycie w niej w ogóle, jak na przykład Wy.

modern warfare 2 to druga część (ha ha!) alternatywnej linii fabularnej call of duty, rozgrywającej się w czasach współczesnych. tam wiadomo, modern warfare zajebiście się sprzedało, tryb multi był całkiem całkiem (taki quake 3 z normalnymi ganami), więc wiadomo było, że będzie część druga. no i wiadomo było, że będzie to sukces, stara zasada, im więcej kasy wyda się na marketing, tym więcej się zarabia. a 50 mln $ na marketing (czyli tyle, ile gra kosztowała) to całkiem spora suma, zapewne całe ppk mogłoby żyć godnie za te pieniądze (nie sashh, bo on maty kupuje, bo one są drogie).

no i gra jest fajna. fajne jest to, że scenarzyści (hy hy) mają całkowicie w dupie logikę i oczekiwania tak zwanej branży. wszyscy się rozpisują, że tam fabuła jest durna i nielogiczna. a gracze grają. bo gówno ich tak naprawdę obchodzi, jak kapitan price stary wyga siedząc 5 lat w więzieniu nie zapomniał jak się strzela, że atomówka jak wybuchnie w kosmosie, to jej podmuch działa jak emp? gówno to kogo obchodzi, ważne jest to, że się biega po rio, że się biega po syberii i rozpiżdża ruskich i fajnie to wygląda

teraz multi. multi jest przepiękne, choć jak na mój gust trochę zbyt chaotyczne. to znaczy myślałem tak dotąd, teraz myślę inaczej. dlaczego? bo jeszcze do tego tygodnia traktowałem to multi jako coś taktycznego. a to nie jest taktyczne, to jest quake 3. strzelając do przeciwnika najlepiej jest najpierw skoczyć, później upaść na ziemię, wstać i znowu skoczyć, co by trafionym nie zostać. w ogóle najlepszym buildem (coś dla saha, może sobie pooglądać na jutubie różne bildy postaci) jest połączenie komando (że tam nożem się ciacha na większą odległość), lajtwejt (że się szybciej biega) i maraton (czyli nieskończony sprint). taki fajny bild ma tę przewagę, że biega się po mapie i morduje ludzików nożem. szczególnie tych, co to się nauczyli już każdego zakamarka mapy i kampią niemiłosiernie.

aha, brak serwerów dedykowanych nie przeszkadza. oznacza to mniej więcej to, że nie trafi się na jakiś klanowy serwer, gdzie admini rozrzucają sobie kicky i bany jak chcą, kickują Cię, kiedy jakiś ważny patafian chce wejść. mam gdzieś klany, bo w żadnym nie gram, chcę po prostu się dobrze bawić, a cała ta filozofia elitarności i bycia lepszym, która hardcorowców w klanach otacza mnie wkuźwia.

czyli jednym słowem – dobra gra. trochę droga (jak by Was to coś obchodziło), ale jak by o połowę cenę obniżyli (czego nigdy nie zrobią, skoro modern warfare jeden wciąż kosztuje tyle samo), to moglbyśmy pograć razem.

© 2012 Idź do domu bo się nie nadajesz Suffusion theme by Sayontan Sinha