Gram sobie w to Just Cause 2 , ale jest to chyba błąd. W kolejce czekają na mnie jeszcze (uwaga, teraz lecą linki): The Saboteur (klik: z cyckami), Far Cry 2 (klik: z zebrami), Prototype (klik: z krwawymi mackami) i Red Faction: Guirrella (klik: ze strusiowym młotkiem). Wszystko to tak zwane przez niewykształconych redaktorsów growych sandboksy, czyli gry z otwartym światem, gdzie teoretycznie pójść można wszędzie i robić rzeczy wiele. A nazywają się tak niefortunnie z angielska, gdyż naszym redaktorsom nie chce się ruszyć mózgów i poszukać jakiegoś polskiego słowa. Zresztą po anglacku brzmi to bardzo poważnie and all, więc o co chodzi? (promotor mojej pracy mgr lubił powtarzać, że najlepsze pojęcia literaturoznawcze to te niemieckie, bo mają pierdolnięcie. Może to ta sama choroba?
Po graniu w Just Cause 2 jednak boję się, że żadna z tych gier mi się nie spodoba. W żadnej nie będę mógł wroga przyczepić do startującego samolotu za pomocą liny i patrzeć, jak odlatuje w siną dal. Żadna z nich nie nagradza mnie pieniędzmi za demolowanie obiektów państwowych. I żadna z nich nie jest zapewne tak ładna.
Just Cause 2 nieustannie kojarzy mi się z pewnym klasykiem, którego powinny pamiętać najstarsze zgredy growe, a w którą ciągle zagrywają się użytkownicy najdziwniejszego forum w Polsce. Jagged Alliance 2 (kto nie zna niech się wstydzi) podobał mi się przede wszystkim za rewolucyjny klimat i egzotyczną atmosferę. Te pierwsze godziny, kiedy po wylądowaniu na wyspie Arulco zaczynamy przejmować pierwsze miasta, najmować żołdaków i przejmować bazy fuj fuj niedobrego reżimu, powtarzałem po kilka razy – takie fajne były to początki rewolucji, które zrujnowanemu ludowi Arulco miały przynieść nowy porządek sprowadzony przez najemników.

Jagged Alliance 2 – 10/10
W Just Cause 2 mam podobnie. Za każdym razem, kiedy rozpoczynam nową rozgrywkę i widzę plecy Skorpiona, czyli meksykańskiego killera na usługach CIA, od razu się uśmiecham. Za chwilę rozpocznie się prawdziwa symfonia destrukcji, a ja jestem jej pieprzonym dyrygentem. Na kolana, wschodnioazjatyckie chamy.

Za niszczenie obiektów cywilnych punktów i pieniędzy się nie dostaje. A szkoda, realizm przede wszystkim.
2010 – albumy
3 Jan 2011, 21:48
(czyli prawdziwe demolki duszy, które zostają ze mną na całe życie)
Było czekanie, było jaranie się promo kawałkiem no i była płyta, która pozamiatała zupełnie. Prawdziwa wojenna apokalipsa w naturalistycznym (dla niektórych aż za bardzo) wydaniu. Gdyby była ciut dłuższa… trochę mi się już osłuchała… ale nie wypada tu biadolić więcej, nic konkretniejszego w 2010 nie było, kropka
Tutaj wisiał w powietrzu spory potencjał: Dżastin Bug Muzy robi remastera swojego opus magnum, pisał na blogach że elegancko tam masteruje, że bonusowy materiał – a koniec końców dostaliśmy tego samego streetcleanera co kiedyś, tyle że grającego głośniej + drugą płytę z beta miksami, popisami koncertowymi i jakimiś demówkami z kanciapy. I to chyba był strzał w dychę, bo jedyne czego brakowało tej płycie to właśnie GŁOŚNOŚĆ – i to zostało naprawione! Bonusowy materiał można sobie raz puścić i postawić na półce dla ozdoby. Najważniejsze że Streetcleaner morduje nadal tak samo, kto go nie zna, ten nic o życiu nie wie.
To nie żadna płyta niestety, tylko taki teaser – ten brytyjski rzemieślnik szumów niestety tak sobie pogrywa ze mną, nie chce płyty wydać,zupełnie jak George R.R. Martin nie chce wydać tańca ze smokami… ja sobie z nimi kiedyś o tym pogadam, zdecydowanie. Jednakże ten kawałek o słońcu – coś pięknego, pożera mnie razem z butami taktycznymi, jak go wrzucam na słuchawki w autobusie to przechodzę do innego wymiaru, i cały autobus razem ze mną. Strach pomyśleć co będzie, jak ta płyta w końcu wyjdzie.
(czyli znakomite albumy, powyżej moich wyśrubowanych oczekiwań)
Zazwyczaj, kiedy mocny zespół z renomą nagrywa lajtowe, ‘oświecone’ pitolenie, to ręce mi opadają (mastodon, isis, baroness i wiele wiele innych) i żal ściska. Spiral Shadow to dziwaczna płyta na którą zareagowałem inaczej – odrzucała mnie tylko przy pierwszych dwóch odsłuchach, potem zaczęła intrygować i doszło do tego że ląduje w kategorii 9/10. Nowy materiał pokazuje jaki potencjał ma ten skład, jakie rzeczy potrafi zrobić z wokalami, z gitarami, z brzmieniem, i przede wszystkim – potrafią nadal robić kapitalne kawałki, nawet jeśli nie opierają się na hiciarskich riffach i łomoczącym tandemie perkusyjnym. Byłaby dyszka gdyby nie ten felerny piąty kawałek, w którym przesadzili nieco.
Szumy wysokiej klasy, mimo że album króciutki (co to jest 46 minut szumów?) i słuchałem go naprawdę ostro, to dalej się broni. Bardzo dobre soundscapesy, bardzo fajne skrzypce, chciałoby się więcej i więcej. Będę zdecydowanie się rozglądał za kolejnymi szumami od tej ekipy i każdemu polecam, niezależnie czy lubi mertsbaua czy nie.
Płytka podesłana przez Marcina, chyba w ramach żartu – do dziś mi Marcin nie wybaczył że mi się Kingdom na asymmetry podobało. No i tak żartobliwie mi ją podesłał, a ja się w nią poważnie wkręciłem! Mimo że nuta zdecydowanie spod znaku listonosza Pata, to nasycenie ambientami i szumami ciągnie ją mocno do góry, no i riffy są po prostu miejscami WYBORNE… przyjemność ze słuchania tego albumu do dziś mnie zaskakuje, tak więc wrzucam do worka 9/10. Duuużo fajniejsze od amenra.
(solidne płyty, które zawsze mam ochotę sobie zapuścić)
Od czasu żurnala w którym recenzowałem to dzieło, minęło już sporo czasu. I wiele, wiele kolejnych odsłuchów. I nawet film obejrzałem, ten który jest tematem tej płyty. I chyba pomogło, bo teraz cenię ją dużo bardziej – aż mi się gęba śmieje jak tego słucham, no i sample z filmu teraz wychwytuję, powaga pełna. Parę wolniejszych momentów i jeden daremny kawałek powodują że ocena nie będzie wyższa.
Ta grupa reprezentuje tak ujednolicony styl grania, że nie będę się silił na jakiekolwiek nowe słowa – wystarczy chyba TUMMMMMMMMMM TUUUUUUMMM KSZ! AAAAAaaAaA! I w zasadzie tak by można przedstawiać prawie każdy utwór Monarch. Na obronę Mer Morte w kategorii 8/10 dorzucam, że lubię Khanate i lubię jak ta dziewczyna wyje z pogłosem.
Tutaj się należy sprostowanie już na wjeździe – nie jest to zdecydowanie płyta, którą zawsze mam ochotę sobie zapuścić. O nie nie. Ocena 8/10 wynika tutaj z dostrzeżenia obiektywnej wartości tej płyty – Harris pojechał po bandzie tym razem i nagrał bity w których coś się dzieje, i to mocno dość – dużo twardych brzmień, naparzania młotkiem w blaszane wiadro, same struktury bitów też dość bezlitosne – i na dodatek to wszystko się rozciąga na przestrzeni 55 minut – ból głowy murowany. Ale posłuchać trzeba, bo wygląda na to że Harrisa ktoś ze śpiączki wybudził.
(dobre płyty, zostają w kolekcji)
Ten zespół też mi Marcin polecił i siadł mi- ta epka o rowie dużo bardziej co prawda, ale album też jest dość godzien. Kawał porządnego noisecore z żelaznym przydźwiękiem w stylu Noxagt, do tego niezły całkiem wokal i spora dawka dramatyzmu. Wspieraj norweską scenę, badaj Årabrot!
Nie pomogła przesroga nazwa płyty, nie udało się bongripperom podnieść po nudnawym hate ashbury. Mimo początkowego zniechęcenia, słuchałem ich jednak uparcie (po hippie killerze mają spory kredyt zaufania u mnie) i płyta jednak się broni. Drugi utwór (SATAN, taki tytuł) ją mocno winduje do góry, reszta to niestety dość przeciętne riffy z wąsem.
Głośny zespół ostatnimi czasy, dużo się o nich mówi. Płyta ciekawa, dużo noisecore z niezłą perkusją i piszczącymi gitarami w stylu ‘Steve Austin się nudzi’. Jednak całość jakoś tak bezboleśnie przechodzi, nie ma walnięcia w mordę, nie ma prucia z AR-15, nie ma zapłakanej poduchy i pokrwawionych nadgarstków… a i ten kabaretowy wokal jakoś nie pomaga. 7/10 to ocena która mi tu bardzo pasuje.
Nie jestem specjalnym fanem tej grupy, poprzednia płyta była nawet skoczna, ale rzadko jej słucham. Ta też nie jest zła, chociaż mocno spuścili z tonu i teraz pitolą i śpiewają, wzorem isis i innych zdewaluowanych mastodonów – plusem jest to że instrumentalnie bronią się nadal całkiem nieźle i generalnie dość żywo to brzmi. Na razie zostaje, mam jakoś klimaty na sweterki w ząbek takie…
Duże oczekiwania były no i niestety… szwajcarska maszyna poszła tym razem w bezkompromisowe chaotyczne mathcore i zdecydowali się wrzucić mniej walców i dronowania, przez co niespecjalnie jestem targetem dla tej płyty. Solidna pozycja, ale rzadko mam ochotę po nią sięgać, boję się tego napierdalania chyba… za to kawałek o plecakach jest zajebisty.
Fajna fajna płytka, mamutowa taka… ale bez fajerwerka niestety. Sporo jej słuchałem, i nic mi jakoś specjalnie nie zostało w głowie. Rozciągnięta ta płyta jest strasznie, intra po 100 minut, jakieś pejzaże, klimaty… i trochę sennie się przez to robi. Wolałem już jak pinkfloydstyle lasia śpiewała na poprzedniej…
Tutaj nie miałem żadnych oczekiwań, bo czułem że ten zespół zsuwa się w otchłań daremności, a tu całkiem całkiem niezłego matadora wysmażyli. Nie napinają się tak jak dawniej i nie straszą, ale klimaty mają bardzo w pytę – kapitalnie nagrana jest płyta, super warstwy zmieszane, wokale, rify – wszystko bardzo przyjemne i jakieś takie… melodyjne! Szkoda że bongripper nie trzyma się kompozycyjnie na takim poziomie jak ci wąsacze.
Amerykanie biorący się za martial industrial to jakoś tak mi nie pasuje, jednak ta płyta, którą podrzucił mi Marcin, całkiem nieźle się trzyma. Szczególnie początek mocny – pierwsze utwory to esencja srogiego martiala, z ginącym światem, bezsensem istnienia itd, jednak potem zaczyna się folkowe pitolenie na bałałajkach, które już jakoś mniej do mnie trafia. THE WALLS THAT ENCLOSE WILL COME TUMBLING DOWN – kiedyś było 8/10, teraz już mnie te ludowe przyśpiewki o zagładzie nieco zmęczyły.
Poprzednie dzieło tego dronoszumowca, Verdun, aktualnie punktuje u mnie 9/10. Miażdżąca epopeja, wciskająca pod powieki obraz przeoranych liniami okopów pól bitew, upstrzonych lejami po artyleryjskich pociskach oraz strzępkami drutu kolczastego, oplecionego przez rozszarpane ludzkie szczątki. Ta nowa płyta o wiedźmie gra też całkiem fajnie ale… nie ma żadnego tematu, żadnej apokalipsy, gazu bojowego, bagnetów, zardzewiałych dziurawych hełmów, ot po prostu dronowy cios za ciosem, jakieś szumy, potem znowu parę ciosów… iskry bożej brak.
(poniżej normy, na krawędzi pozbycia się)
Smutna płyta, miałka taka, jakieś pitu pitu, bez emocji, strachu, transowych wkrętek, zjawiskowych dziewczyn z mikrofonem… zastanawiałem się czy nie dać jej 7/10 jednak, ale za dużo średniactwa i bidy na tej płycie, kilka momentów bardziej niesamowitych nie wywinduje jej aż tak. Warto trzymać jednak – czasem wpadną znajomi, co nie za bardzo lubią te szumy czy industriale, to wtedy można im takie pioseneczki puścić cicho i sobie rozmawiać czy grać – nikt się nie skarży.
Nuda, nuda, wąs i nuda, nic polotu, nic walcowania, bardzo (za bardzo) straightforward dla mnie, może dla tego że nie palę. W zasadzie kwalifikuje się do wywalenia, dam jej jeszcze parę odsłuchów, ale raczej nie będę za nią tęsknił. OooOOO lufyceeeerrrr czarna mszaaaa czarna mszaaaaa zzzz.
Wielki powrót z głebin, bitwy w sądach o prawa do nazwy, nowy skład – i tak w ramach dowcipu postanowiłem sobie to zbadać, bo kiedyś ich sporo słuchałem. No i… całkiem całkiem! Na ich ideolo tekstowe zawsze byłem odporny, z pięknych refrenów jakoś wyrosłem, ale dla samego perkusisty warto sobie czasem puścić – mimo że te refreny w głębi płyty cięzko strawić. Miło że w końcu znowu grają jak maszyna, a nie nagrywają kowery nirvany.
Uf, zapomniałem ile to się trzeba namęczyć, żeby te wszystkie lanslinki powrzucać, fotki, jakieś formatowania… i w zasadzie większość tych płyt przewijała się w żurnalach już wcześniej, więc nawet wiele nowego w tym podsumowaniu nie ma. No ale są lanslinki, obrazki i formatowanie – żurnal z generic bełkotu zmienia się w murowanego, opiniotwórczego hita, bezlitosnego generatora komciów!
Albo nie.
Dziękuję za lekturę i do nastepnego!
Arulco, Panau, rozpierdziel
poniedziałek, 10 stycznia 2011 18:52 Skocz do komentarzy
Gram sobie w to Just Cause 2 , ale jest to chyba błąd. W kolejce czekają na mnie jeszcze (uwaga, teraz lecą linki): The Saboteur (klik: z cyckami), Far Cry 2 (klik: z zebrami), Prototype (klik: z krwawymi mackami) i Red Faction: Guirrella (klik: ze strusiowym młotkiem). Wszystko to tak zwane przez niewykształconych redaktorsów growych sandboksy, czyli gry z otwartym światem, gdzie teoretycznie pójść można wszędzie i robić rzeczy wiele. A nazywają się tak niefortunnie z angielska, gdyż naszym redaktorsom nie chce się ruszyć mózgów i poszukać jakiegoś polskiego słowa. Zresztą po anglacku brzmi to bardzo poważnie and all, więc o co chodzi? (promotor mojej pracy mgr lubił powtarzać, że najlepsze pojęcia literaturoznawcze to te niemieckie, bo mają pierdolnięcie. Może to ta sama choroba?
Po graniu w Just Cause 2 jednak boję się, że żadna z tych gier mi się nie spodoba. W żadnej nie będę mógł wroga przyczepić do startującego samolotu za pomocą liny i patrzeć, jak odlatuje w siną dal. Żadna z nich nie nagradza mnie pieniędzmi za demolowanie obiektów państwowych. I żadna z nich nie jest zapewne tak ładna.
Just Cause 2 nieustannie kojarzy mi się z pewnym klasykiem, którego powinny pamiętać najstarsze zgredy growe, a w którą ciągle zagrywają się użytkownicy najdziwniejszego forum w Polsce. Jagged Alliance 2 (kto nie zna niech się wstydzi) podobał mi się przede wszystkim za rewolucyjny klimat i egzotyczną atmosferę. Te pierwsze godziny, kiedy po wylądowaniu na wyspie Arulco zaczynamy przejmować pierwsze miasta, najmować żołdaków i przejmować bazy fuj fuj niedobrego reżimu, powtarzałem po kilka razy – takie fajne były to początki rewolucji, które zrujnowanemu ludowi Arulco miały przynieść nowy porządek sprowadzony przez najemników.

Jagged Alliance 2 – 10/10
W Just Cause 2 mam podobnie. Za każdym razem, kiedy rozpoczynam nową rozgrywkę i widzę plecy Skorpiona, czyli meksykańskiego killera na usługach CIA, od razu się uśmiecham. Za chwilę rozpocznie się prawdziwa symfonia destrukcji, a ja jestem jej pieprzonym dyrygentem. Na kolana, wschodnioazjatyckie chamy.

Za niszczenie obiektów cywilnych punktów i pieniędzy się nie dostaje. A szkoda, realizm przede wszystkim.




















