pedro

avatar

 

Dlatego też opublikuję tutaj swoje stare wypociny. Uwaga:

Wyjątki z “Podróży po Śląsku w lipcu i sierpniu 1791 roku” Johanna Gottlieba Schummela
Johann Gottlieb Schummel urodził się w roku 1748 w Jeleniej Górze (wtedy: Hirschberg im Riesengebirge). Po studiach teologicznych został proboszczem kościoła św. Elżbiety we Wrocławiu. Nie przeszkodziło mu to w jego pasji podróżniczej i publicystycznej. W 1772 roku wydał Empfindsame Reisen durch Deutschland – „Sentymentalną podróż poprzez Niemcy”, a cztery lata później Fritzen’s Reise nach Dessau – „[???] podróż do Dessau”. W 1792 roku wydał swą „Podróż po Śląsku w lipcu i sierpniu 1791 roku.” Celem krótkiej broszurki, napisanej pod tym wszystko mówiącym tytułem było, zgodnie z duchem Oświecenia – dążenie do jedynej, obiektywnej prawdy. Skłoniły go do tego niepochlebne, delikatnie rzecz biorąc, opinie dotyczące Górnoślązaków,
a zwłaszcza Górnoślązaków – Polaków, hurtowo publikowane, wypowiadane i rozgłaszane
w owym czasie na Śląsku Dolnym, jak również w całych Prusach. Początkowo za przyczynę tej masowej krytyki, autor wziął zwykły brak obiektywizmu lub chęć wzbudzenia sensacji. Jednak, jak zauważa już w trakcie swej podróży, opinie te wyrządzają niesłychaną krzywdę wszystkim mieszkańcom, zwłaszcza, że publicyści poszukujący sensacji i poczytności już wtedy stosowali bardzo prosty zabieg – uogólnienie. Bo czymże jest na przykład fragment takiego artykułu z roku 1782: „I tę żyzną krainę zamieszkują ludzie, którzy w niczym jak tylko przez swoją postać nie odróżniają się od zwierząt. Ich język jest chaotyczną mieszaniną języka polskiego i niemieckiego, bardzo ograniczoną wedle ciasnej zawartości jej pojęć (…). Ta polska nacja ludzka stoi jeszcze na bardzo niskim stopniu kultury. Ich religia polega na pielgrzymkach, czci oddawanej świętym
i proboszczach. Nie ma jeszcze w swojej większej części pojęcia o chrześcijańskiej moralności,
o podstawowych zasadach prawa i bezprawia i o rozumnych obyczajach, stąd kradzieże, kłamstwa, oszustwa, krzywoprzysięstwo i podobne grzechy uznawane są tam za coś obojętnego. Polski Górnoślązak odżywia się mało i kiepsko, pijąc przy tym więcej gorzałki. Nadmierne spożywanie tego napoju, któremu hołduje cała nacja, jest ważnym powodem jej nieobyczajności, powszechnego osłabienia cielesnego, lenistwa i braku pożywienia; a ponadto jest ważną przeszkodą dla zaludnienia.”
Tymczasem – Johann Schummel przekonał się na własne oczy, że nic bardziej błędnego. Uzbrojony, jak sam mówi: „w obiektywizm i miłość do prawdy”, postanowił odpowiedzieć na każdy zarzut stawiany Górnoślązakom, a także przekonać rzesze Dolnoślązaków, że „ani fizycznie, ani moralnie” Górny Śląsk nie jest Tierra del Fuego. Na samym początku autor uściśla pojęcie Górnego Śląska i Górnoślązaków. Publicyści niemieccy w owym czasie pisząc źle
o Górnoślązakach, brali pod uwagę tylko niższe warstwy, zwłaszcza ludność wiejską. Ale jako że nie wykluczyli wyższych stanów: szlachty, duchowieństwa i urzędników – to ci poczuli się najbardziej dotknięci zarzutami braku kultury. A przecież – jak retorycznie pyta Schummel: „Czyż naprawdę trzeba jechać na Górny Śląsk, aby stwierdzić, że tamtejsze wyższe stany nie odróżniają się tak bardzo od równych im stanów na Dolnym Śląsku?” Zatem, według autora – na miano Górnoślązaków w powszechnym przekonaniu zasługują jedynie chłopi i mieszczanie, żyjący
w małych miasteczkach na poziomie ludności wiejskiej. Drugie pojęcie – Górny Śląsk – rozumiane było najczęściej jako polski Śląsk. A jak udowadnia Schummel, niektóre części górnego Śląska są całkowicie niemieckie i na odwrót – spora część Śląska Dolnego jest całkowicie polska.
Po tej krótkiej ontologicznej analizie, pora przejść do clou omawianego tekstu – weryfikacji zarzutów stawianych mieszkańcom Górnego Śląska w końcu XVIII wieku. Zarzut pierwszy: Górnoślązacy „od zwierząt się nie odróżniają jak tylko swą postacią”. Autor odpowiada, że skoro męska część populacji chętnie powoływana jest do reprezentacyjnych pułków hrabiów: Herzberga, Hahnfelda, Vittingshofa, Dallwiga i Mannsteina – to jakże może być zwierzęciu podobna? Również przyjaciel Schummela pisze, zapraszając go do siebuie, by zobaczył, że najurodziwsi ludzie w jego dobrach pod Pszczyna to właśnie Polacy. Co do kobiet w szczególności – również trudno znaleźć autorowi dowód na ich zwierzęcą fizys. Co więcej, przedkłada nawet relacje świadczące o urodzie „kobiet sarmackich”, ustępujących jedynie Czerkieskom.
Zarzut drugi – zamyka się w słowach Wasserpole lub Wasserpolack. Zasadniczo odnoszą się do odstępstw od czystego polskiego dialektu i wymieszania z niemieckimi i czeskimi słowami. Ale, kontrując: czyż niemieccy Dolnoślązacy owego czasu nie zasługują aby na miano Wasserdeutch? Zarzut ten wynika z poczucia wyższości kulturowej Niemców, odbierającej językom słowiańskim możliwość klasycznego ujmowania myśli. Jednak to język polski w swej gramatycznej budowie znacznie bardziej zbliżony jest do łaciny niż Niemiecki. Jeżeli patrzeć znów na wyższość języka niemieckiego z pozycji czysto nacjonalistycznych – to nie można znów zapomnieć, że, cytując autora: „(…) język polski jest na Śląsku bezspornie starszym językiem krajowym, a język niemiecki stopniowo się tu wkradał i wciskał.”
Zarzut trzeci – Górnoślązak jest brudny. Kontrargument na to jest prosty – jest brudny ale nie z własnej woli! Oddając głos Shummelowi: „(…) królują nędza i cierpienie, brud i kołtuny, gdzie właściciele albo są daleko, albo nie troszczą się o los poddanych, nadając zarządcom prawo do przekazywania sobie tak zwanych kwot; tam, gdzie ekonomom jest obojętne, czy chłop pańszczyźniany żyje jak człowiek, czy jak bydło, czy wydrapuje z ziemi kartofle lub padłe bydło, aby uchronić od głodu siebie i swe w dosłownym tego słowa rozumieniu nagie dzieci. W takich chałupach gospodyni pracującej na pańskim w ciągu tygodnia brakuje czasu, aby chociaż uczesać swoje dzieci…”.
Zarzut czwarty – nacja górnośląska dzieli swe łoże ze spokrewnionymi ze sobą bydlętami. Zarzut prawdziwy, ale wytłumaczalny. Otóż, chłop górnośląski zabiera bydło do swej izby mieszkalnej: 1) z powodu braku obory, której właściciele nie chcą wybudować, podczas gdy chłop z braku środków sam tego uczynić nie może; 2) z powodu silnego mrozu, aby bydło nie zamarzło; 3) aby pielęgnować młode zwierzęta. Odwrotnie natomiast ma się z przypadkami, gdy tenże chłop śpi w oborze: 1) pilnuje bydła przed kradzieżą; 2) gdy krowa lub inne zwierzę jest chore lub ma mieć młode; 3) aby z braku ciepłego łóżka w okresie ostrej zimy uchronić się przed chłodem – nie każdego stać było na pierzynę!
I ostatni zarzut – lenistwo. Analizując wnikliwie wszystkie jego możliwości, dotyczy ono jednej dziedziny – chłopskiej pańszczyzny. Bo przecież nie prężnie rozwijających się hut, odlewni i kopalń. Nie dotyczy również chłopa jako takiego, gdyż ten, kończąc pracę na pańskim polu, ze zdwojonym zapałem, długo już po zmierzchu, zabiera się za pracę przy własnym gospodarstwie. Jaki z tego wniosek? „ Jedynie miłość własna, podtrzymanie naszej fizycznej istoty lub potęgowanie i doskonalenie naszych władz umysłowych może zachęcić nas do nieustannej aktywności: przymus rodzi tylko działania zewnętrzne, wyłącznie ruchy rąk i nóg, którym brak swobodnej zachęty duszy”. A zatem – chłop leniwy pracując na pańszczyźnie nie będzie, jeśli praca ta przyniesie mu wymierną korzyść.
Krótko podsumowując – obraz Polaka – Ślązaka w oczach XVIII wiecznych Niemców pełen był stereotypów i wyobrażeń. Nie chciałbym generalizować i odnosić tej wizji do lat późniejszych z XX wiekiem włącznie. Jednak należy cieszyć się, że takie jak na przedstawiciela niemieckiej nacji, polonofilskie głosy – docierają choćby i do nielicznych.

 

Cze.

Tak na marginesie – fajnie mieć bloga którego nikt nie czyta. Dzięki temu nie trzeba schlebiać gustom i pisać pod publiczkę! Podziemie pełną gębą, jak nie przymierzając środowisko wrocławskich anarcho-syndykalistów. Ale do rzeczy!

Tytuł tego wpisu może sugerować, iż będę tutaj się wyżalał na świat. Otóż nie. Sytuacja w jakiej się znajduję, wymusza na mnie korzystanie z dwóch (no, teraz już jednego tylko) wspaniałych instytucji państwowych – Urzędu Pracy i Urzędu Stanu Cywilnego. Opisanie zmagań z UP zostawię może na później, natomiast dziś – USC!

W celu zawarcia ślubu poza miejscem zamieszkania (a właściwie urodzenia) – potrzebny mi był skrócony odpis aktu urodzenia. W tym celu udałem się do bielskiej placówki USC. I chyba mi sie poszczęściło, bo przybyłem tam o 7:30 i byłem pierwszy. No ale oczywiście – opłata nr 1 – 24 zł i 10 minut czekania. Do przeżycia.

Jako że ma narzeczona pochodzi z miasta elektrownią słynącego – Jaworzna – musiałem udać się razem z Nią również do tamtejszego USC. I to właśnie tamtejszy USC pokazał co to znaczy POLSKI URZĘDNIK PAŃSTWOWY NA ETACIE. Pukamy, ostrożnie wchodzimy, witamy się skromnym “dzińdybry bo ja…” – niestety paskudny młody babsztyl przypominajęcy stracha na wróble nie pozwolił dokończyć kwestii, jako że na wstepie wycharczał pytanie: “KONKORDAT MA BYĆ?!?!” Na co ja, chcąc rozładować atmosferę, zarzuciłem nieśmiało żartem: “niestety Benedykt XVI nie upoważnił mnie do podpisywania umów w jego imieniu, HAHAHA… ha?” Pani żartu nie zrozumiała: “PYTAM SIĘ CZY W KOŚCIELE?”. Podjąłem jej niewyrafinowaną grę i wycharczałem: “TAA!”. W tym momencie pofrunęły w moim kierunku łapska z tipsami “przyozdobionymi” jakąś świecącą chujnią: “DOWÓD i AKT URZODZENIA! (podałem) A teraz proszę do kasy wpłacić 84 zł! (milszym głosem)”. No kurwa, myślę sobie, nie za dużo trochę? To już razem… STUWA! A ja nawet jeszcze u xiędza nie byłem! Po wpłaceniu ww. kwoty, czekała nas rozmowa z szefową USC, spisującą protokół. Baba na oko 40 lat, stara panna, okulary na sznurku, niedowaga 40 kilo, fanka Tańca z Gwiazdami, cienkich papierosów i premiera Tuska. Przynajmniej miła (na sposób dzieci z downem). Usiadła przed komputerem, ujęła w wątłe dłonie mysz (wyglądało to jak tarantula kopulująca z.. no z czymś przypominającym mysz – nie, nie wiem skąd to skojarzenie), kliknęła w cośtam i zaczęła pytać: “Imię?” – “Marcin” odpowiadam zgodnie z prawdą (miałem ochotę powiedzieć Adolf, bo przecież baba miała przed oczami i mój dowód i akt urodzenia). Po czem następuje pokaz pt. ” jak urzędnicy zdobywają posadę w RP nr 3.” Otóż pani wstukiwała moje imię na klawiaturze przez około 2 minuty. Serio. Nie mniej, ale też nie więcej. Palcem wskazującym lewej ręki (bo tarantula nadal kopuluje z myszką) wodząc nad klawiaturą jak żądłem a pod nosem powtarzając jak debil “my, my, my….”, “a, a, a…” itd. Jako że danych do wstukania miała trochę (adres, imiona rodziców, jakaś ankieta z dupy + to samo narzeczonej!) toteż trwało to z godzinę. Godzinę na wstukanie 60 słów. Przecież taka osoba, w prywatnej firmie wymagającej obsługi komputera wyleciałab,y na pysk po 5 minutach. Nie wierzę że wygrała ot tak sobie konkurs na szefową USC. Albo nawet – NIE WIEŻE.

That’s all folks (VOLKS!), kiedyś tam napiszę jak to było u plebana. Nara!

© 2012 Idź do domu bo się nie nadajesz Suffusion theme by Sayontan Sinha