B

avatar

 
O ile nie mam wątpliwości, że rok 2011 dał radę jeśli chodzi o dobre płyty, to dawno mi się tak nie chciało pisać podsumowania. Darujcie więc, jeśli zbyt wymęczone jest i na siłę.

Wersja tl;dr – Ulcerate ukradło show.

——————–10/10——————–

Trudno opisać to, co się dzieje na tej płycie. Zespoły, które patrzyły za długo w otchłań i ich dzieła każdy pewnie jakieś zna, ale dla mnie to jest pierwszy przypadek, kiedy w otchłań patrzył skład deathmetalowy. Efekt jest porażający.

To bardzo nieprzystępna płyta, ale nie wypuszcza z łap kiedy już ‘wejdzie’. Najwięcej słuchana przeze mnie w 2011 i nadal się nie znudziła. Nadal budzi podobne emocje, (ciary, zimny pot, włosy stające dęba) jak przy pierwszych odsłuchach.

Płyta mistrz. Jedyny kroczek do perfekcji jaki został to rezygnacja z wokali.

——————–9/10——————–

Damsko-męska doom-maszyna? Każdy odpowie ‘Jucifer’! Ale w tym roku w kategorii DMDM zwycięża Dark Castle. Nowy materiał w porównaniu do poprzedniego pokazuje drastyczną zwyżkę formy i wizji.

Przede wszystkim płyta jest zróżnicowana i mamy do czynienia ze świetnymi ‘przerywnikami’ pomiędzy jednym walcem a drugim – raz że odbiór całego albumu na tym zyskuje, dwa że te przerywniki są indywidualnie bardzo udane. Płyta gdzieś tak w okolicach środka zaczyna zamulać (Heavy Eyes), ale potem następuje prawdziwe wniebowstąpienie w postaci czteropaka Spirit Ritual/To Hide Is To Die/I Hear Wind/Learning To Unlearn. I żal, że to już koniec.

Brzmieniowo też poszło do przodu – elektronika, instrumenty akustyczne, bardzo czyste i żyletowate nagranie – zginia się człowiek w pół jak odpala się taka petarda jak I Hear Wind. Mocna, mocna rzecz.

——————–8/10——————–

Ten skład nie obija się, jeśli chodzi o wydawanie płyt. Jadą równo z materiałem. Na szczęście w przypadku Invernal nie ma problemów z pogorszeniem jakości – wręcz przeciwnie. To najlepsze ich dzieło od czasów kapitalnego Bestial.

Wokalista się szczególnie przyłożył i dzięki jego całkiem zrozumiałym przyśpiewkom kawałki nabierają przebojowości i normalnie można je rozpoznawać jeden od drugiego!

Dobrze się też stało, że na Invernal mamy sensowne zróżnicowanie tempa utworów. Na poprzednich płytach miałem wrażenie że wszystko leci w tym samym średnio-szybkim tempie, na Invernal nie brakuje solidnych spowolnień, bez których uciekało sporo mroku.

Dodatkowy plus ode mnie będzie za tytuły kawałków – Corrosion Fields, Beyond, Abyss – nie w kij dmuchał :) Keep up the good work.

Szczegółowa recenzja zmartwychstałego Steve Austina już była, pozostaje tylko uzasadnienie oceny. W dedykowanym żurnalu dałem 9/10, na nowy rok jest oczko w dół…

Prostota kompozycji i zagrywek na tej płycie jest tak bezlitosna, że płyta osłuchała mi się błyskawicznie. Czuję przeeksploatowanie materiału, zdecydowanie chętniej sięgnę po bardziej ambitne płyty TITD, ta o bólu będzie wracać raczej rzadko. Na imprezach np. :)

Nie było łatwo się dostać do tego materiału. Zespół poszedł w prawdziwe hipsterstwo i wydał swoje dzieło tylko na winylu… format cyfrowy dostępny w serpent.pl to trochę fail – raz że nie sprzedają bezstratnych formatów, dwa że interfejs tego sklepu… noooo właśnie. Ale udało się w końcu zakupić.

Na początku był zawód, głównie przez te szumowo-elektroniczne hałasy, które w takiej klimatycznej, ambientowej zupce psuły cały smak i marnowały miejsce. Jednak potem przekonałem się i zacząłem czerpać prawdziwą przyjemność z tych kilku hiciorów które tam się chowają.

Polecam, dobry lans jest tą płytą, nikt nie zna, winyl, ambienty, klimaty – można zrobić furorę w odpowiednio hipsterskim towarzystwie.

Jak coś ma ‘MONUMENT’ w podtytule to wiadomo, że na stówę jakaś sroga rzecz będzie. W tym przypadku, dostajemy jedną z niewielu słuchalnych i sensownych płyt :w: i dwa dodatkowe krążki z bonusowym materiałem – tak, łatwo było zgadnąć: alternatywne miksy, wersje instrumentalne, etc.

Sama płyta jest już dość wiekowa i nie ma się tu co rozwodzić – jest bardzo dobra i dla samego Fear in Motion trzeba to znać. Natomiast miksy i instrumentale… no jak ktoś ma siłę słuchać jednego kawałka w 5 wersjach pod rząd to ok.. mnie to trochę przerasta. Chociaż szczerze przyznam, że wersje instrumentalne to był akurat dobry pomysł i świetnie się słuchają.

——————–7/10——————–

Tutaj również był żurnal ze szczegółową recenzją. Finałowo to arcydzieło rock’n'rolla w wykonaniu łysego i spółki ląduje w kategorii 7/10 – nie potrafię zrypać tej płyty, bo potem przypomina mi się Wretched Valley i mam wyrzuty sumienia.


LentoIcon

Duże zaskoczenie. Pierwsza płyta Lento prezentowała nieszkodzliwy, przewidywalny metal pocztowy. Na drugiej chłopaki się ogarnęli i przyrąbali dużo bardziej surowo i technicznie, progresywnie momentami. Nie ma już smęcenia o falach morskich, jest konkretnie i groźnie.

Skutek uboczny będzie taki, że o zaproszeniu na Asymmetry mogą już sobie pomarzyć.

Do zbadania dla fanów instrumentalnego eksperymentalnego metalu! Ew. dla fanów King Crimson. Naprawdę, niewiele zabrakło aby płyta trafiła do kategorii 8/10.

To był chyba mój ulubiony pocztowy bend z Niemiec i.. utrzymuje taką pozycję.

Karpatia to przede wszystkich podczyszczone, bardziej bombastyczne brzmienie, mocne riffy i mało smęcenia. Czasami zbliżają się niebezpiecznie blisko do klimatów środkowego Cult of Luna, ale wszystko to jest do przebaczenia. Wokali nadal brak, końcówka płyty całkiem masywna. Dobra niemiecka jakość.

Na zestawienie 2011 płytka załapała się ‘rzutem na taśmę’. Na szczęście, nie ma problemu z oceną tego osiemnastominutowego (łał) materiału.

Robert dalej czuje się niezrozumiałym gitarzystą i nadal próżno w jego kawałkach szukać jakichś struktur. Wymiana wokalisty niewiele dała, płytka brzmi bardzo podobnie do poprzedniego Plex Zero. Wydaje mi się, że bas nie schodzi tak nisko jak kiedyś i to akurat odebrało odsłuchom nieco przyjemnych dreszczy.

Do posłuchania jak najbardziej (bo krótkie) ale podniecenia na miarę S1 to tu raczej nie będzie.


YOBATMA

Płyta sprzed dwóch lat była bardzo mocna. Tutaj trochę odpuścili. Brzmienie uległo zmiękczeniu, stało się mniej złowieszczee. Utwory zawierają w sobie spore dawki ciszy i spokoju, niestety nie powalają za bardzo hiciarstwem. Trochę krótszy wąs wyszedł niż na poprzednich.

Ostatni, kilkunastominutowy szlagier ratuje jednak dzień, słychać nawet pocztowe nuty!

——————–6/10——————–

Dwa ‘tematyczne’ utwory przechodzą dość bezboleśnie. Bardziej ‘techniczne’, zimne brzmienie i trochę żwawiej motorycznie to wszystko leci jeśli. Nie są to cechy, które chętnie witam w tym zespole. A na dodatek jeszcze kompozycje mocno takie sobie…

Nie sądziłem, że usłyszę jeszcze tych zawodników. A tym bardziej nie spodziewałem się, że uderzą z taką surowością i energią – poprzednia płyta uciekała w najbardziej cliche zakątki pocztowego grania, tutaj się coś podziało.

Srogość brzmienia jest tak duża, że w zasadzie to.. mało co słychać. A już na pewno mało co się zapamiętuje. Wokal tak zmiksowany, że w zasadzie spełnia rolę iście symboliczną… nie bardzo mnie przekonała całość. Pozostanę chyba przy moim ulubionym grejsiku.

Okładka – aaaawwwwwwww ^__^

Ponownie zmasterowane demówki z sypialni Amber brzmią znośnie, ale mocno ziewam przy tym. Wiem, wstyd przyznać.

Nie jest to zespół słynący z niesamowitego zróżnicowania materiału. Ale płyta o smoku już pobiła wszelkie rekordy, mimo że słuchałem jej wielokrotnie to nie pamiętam z niej nic.

Pewien zaangażowany muzycznie student powiedział mi kiedyś: ‘nie masz prawa wypowiadać się na temat weedeatera jak nie słuchałeś go będąc upalonym’ – z perspektywy czasu i odbioru tej płyty to może czas przyznać mu rację?

Albo nie! Wypowiem się jednak i sklasyfikuję ten brodaty album na forgettable 6/10. Dobrze, że przynajmniej krótki jest.

 

Jest w końcu chwila, żeby siąść i zrobić przegląd hiciarskich płyt roku 2010. Tak jak podczas poprzednich podsumowań – zamieszczam rzeczy które słuchałem i które postanowiłem sobie pozostawić, wszystko co wyleciało po pierwszych kilku przesłuchaniach zostało zaplute zamazane.

-= 10/10 =-
(czyli prawdziwe demolki duszy, które zostają ze mną na całe życie)

Było czekanie, było jaranie się promo kawałkiem no i była płyta, która pozamiatała zupełnie. Prawdziwa wojenna apokalipsa w naturalistycznym (dla niektórych aż za bardzo) wydaniu. Gdyby była ciut dłuższa… trochę mi się już osłuchała… ale nie wypada tu biadolić więcej, nic konkretniejszego w 2010 nie było, kropka

Tutaj wisiał w powietrzu spory potencjał: Dżastin Bug Muzy robi remastera swojego opus magnum, pisał na blogach że elegancko tam masteruje, że bonusowy materiał – a koniec końców dostaliśmy tego samego streetcleanera co kiedyś, tyle że grającego głośniej + drugą płytę z beta miksami, popisami koncertowymi i jakimiś demówkami z kanciapy. I to chyba był strzał w dychę, bo jedyne czego brakowało tej płycie to właśnie GŁOŚNOŚĆ – i to zostało naprawione! Bonusowy materiał można sobie raz puścić i postawić na półce dla ozdoby. Najważniejsze że Streetcleaner morduje nadal tak samo, kto go nie zna, ten nic o życiu nie wie.

To nie żadna płyta niestety, tylko taki teaser – ten brytyjski rzemieślnik szumów niestety tak sobie pogrywa ze mną, nie chce płyty wydać,zupełnie jak George R.R. Martin nie chce wydać tańca ze smokami… ja sobie z nimi kiedyś o tym pogadam, zdecydowanie. Jednakże ten kawałek o słońcu – coś pięknego, pożera mnie razem z butami taktycznymi, jak go wrzucam na słuchawki w autobusie to przechodzę do innego wymiaru, i cały autobus razem ze mną. Strach pomyśleć co będzie, jak ta płyta w końcu wyjdzie.

-= 9/10 =-
(czyli znakomite albumy, powyżej moich wyśrubowanych oczekiwań)

Zazwyczaj, kiedy mocny zespół z renomą nagrywa lajtowe, ‘oświecone’ pitolenie, to ręce mi opadają (mastodon, isis, baroness i wiele wiele innych) i żal ściska. Spiral Shadow to dziwaczna płyta na którą zareagowałem inaczej – odrzucała mnie tylko przy pierwszych dwóch odsłuchach, potem zaczęła intrygować i doszło do tego że ląduje w kategorii 9/10. Nowy materiał pokazuje jaki potencjał ma ten skład, jakie rzeczy potrafi zrobić z wokalami, z gitarami, z brzmieniem, i przede wszystkim – potrafią nadal robić kapitalne kawałki, nawet jeśli nie opierają się na hiciarskich riffach i łomoczącym tandemie perkusyjnym. Byłaby dyszka gdyby nie ten felerny piąty kawałek, w którym przesadzili nieco.

Szumy wysokiej klasy, mimo że album króciutki (co to jest 46 minut szumów?) i słuchałem go naprawdę ostro, to dalej się broni. Bardzo dobre soundscapesy, bardzo fajne skrzypce, chciałoby się więcej i więcej. Będę zdecydowanie się rozglądał za kolejnymi szumami od tej ekipy i każdemu polecam, niezależnie czy lubi mertsbaua czy nie.

Płytka podesłana przez Marcina, chyba w ramach żartu – do dziś mi Marcin nie wybaczył że mi się Kingdom na asymmetry podobało. No i tak żartobliwie mi ją podesłał, a ja się w nią poważnie wkręciłem! Mimo że nuta zdecydowanie spod znaku listonosza Pata, to nasycenie ambientami i szumami ciągnie ją mocno do góry, no i riffy są po prostu miejscami WYBORNE… przyjemność ze słuchania tego albumu do dziś mnie zaskakuje, tak więc wrzucam do worka 9/10. Duuużo fajniejsze od amenra.

-= 8/10 =-
(solidne płyty, które zawsze mam ochotę sobie zapuścić)

Od czasu żurnala w którym recenzowałem to dzieło, minęło już sporo czasu. I wiele, wiele kolejnych odsłuchów. I nawet film obejrzałem, ten który jest tematem tej płyty. I chyba pomogło, bo teraz cenię ją dużo bardziej – aż mi się gęba śmieje jak tego słucham, no i sample z filmu teraz wychwytuję, powaga pełna. Parę wolniejszych momentów i jeden daremny kawałek powodują że ocena nie będzie wyższa.

Ta grupa reprezentuje tak ujednolicony styl grania, że nie będę się silił na jakiekolwiek nowe słowa – wystarczy chyba TUMMMMMMMMMM TUUUUUUMMM KSZ! AAAAAaaAaA! I w zasadzie tak by można przedstawiać prawie każdy utwór Monarch. Na obronę Mer Morte w kategorii 8/10 dorzucam, że lubię Khanate i lubię jak ta dziewczyna wyje z pogłosem.

Tutaj się należy sprostowanie już na wjeździe – nie jest to zdecydowanie płyta, którą zawsze mam ochotę sobie zapuścić. O nie nie. Ocena 8/10 wynika tutaj z dostrzeżenia obiektywnej wartości tej płyty – Harris pojechał po bandzie tym razem i nagrał bity w których coś się dzieje, i to mocno dość – dużo twardych brzmień, naparzania młotkiem w blaszane wiadro, same struktury bitów też dość bezlitosne – i na dodatek to wszystko się rozciąga na przestrzeni 55 minut – ból głowy murowany. Ale posłuchać trzeba, bo wygląda na to że Harrisa ktoś ze śpiączki wybudził.

-= 7/10 =-
(dobre płyty, zostają w kolekcji)

Ten zespół też mi Marcin polecił i siadł mi- ta epka o rowie dużo bardziej co prawda, ale album też jest dość godzien. Kawał porządnego noisecore z żelaznym przydźwiękiem w stylu Noxagt, do tego niezły całkiem wokal i spora dawka dramatyzmu. Wspieraj norweską scenę, badaj Årabrot!

Nie pomogła przesroga nazwa płyty, nie udało się bongripperom podnieść po nudnawym hate ashbury. Mimo początkowego zniechęcenia, słuchałem ich jednak uparcie (po hippie killerze mają spory kredyt zaufania u mnie) i płyta jednak się broni. Drugi utwór (SATAN, taki tytuł) ją mocno winduje do góry, reszta to niestety dość przeciętne riffy z wąsem.

Głośny zespół ostatnimi czasy, dużo się o nich mówi. Płyta ciekawa, dużo noisecore z niezłą perkusją i piszczącymi gitarami w stylu ‘Steve Austin się nudzi’. Jednak całość jakoś tak bezboleśnie przechodzi, nie ma walnięcia w mordę, nie ma prucia z AR-15, nie ma zapłakanej poduchy i pokrwawionych nadgarstków… a i ten kabaretowy wokal jakoś nie pomaga. 7/10 to ocena która mi tu bardzo pasuje.

Nie jestem specjalnym fanem tej grupy, poprzednia płyta była nawet skoczna, ale rzadko jej słucham. Ta też nie jest zła, chociaż mocno spuścili z tonu i teraz pitolą i śpiewają, wzorem isis i innych zdewaluowanych mastodonów – plusem jest to że instrumentalnie bronią się nadal całkiem nieźle i generalnie dość żywo to brzmi. Na razie zostaje, mam jakoś klimaty na sweterki w ząbek takie…

Duże oczekiwania były no i niestety… szwajcarska maszyna poszła tym razem w bezkompromisowe chaotyczne mathcore i zdecydowali się wrzucić mniej walców i dronowania, przez co niespecjalnie jestem targetem dla tej płyty. Solidna pozycja, ale rzadko mam ochotę po nią sięgać, boję się tego napierdalania chyba… za to kawałek o plecakach jest zajebisty.

Fajna fajna płytka, mamutowa taka… ale bez fajerwerka niestety. Sporo jej słuchałem, i nic mi jakoś specjalnie nie zostało w głowie. Rozciągnięta ta płyta jest strasznie, intra po 100 minut, jakieś pejzaże, klimaty… i trochę sennie się przez to robi. Wolałem już jak pinkfloydstyle lasia śpiewała na poprzedniej…

Tutaj nie miałem żadnych oczekiwań, bo czułem że ten zespół zsuwa się w otchłań daremności, a tu całkiem całkiem niezłego matadora wysmażyli. Nie napinają się tak jak dawniej i nie straszą, ale klimaty mają bardzo w pytę – kapitalnie nagrana jest płyta, super warstwy zmieszane, wokale, rify – wszystko bardzo przyjemne i jakieś takie… melodyjne! Szkoda że bongripper nie trzyma się kompozycyjnie na takim poziomie jak ci wąsacze.

Amerykanie biorący się za martial industrial to jakoś tak mi nie pasuje, jednak ta płyta, którą podrzucił mi Marcin, całkiem nieźle się trzyma. Szczególnie początek mocny – pierwsze utwory to esencja srogiego martiala, z ginącym światem, bezsensem istnienia itd, jednak potem zaczyna się folkowe pitolenie na bałałajkach, które już jakoś mniej do mnie trafia. THE WALLS THAT ENCLOSE WILL COME TUMBLING DOWN – kiedyś było 8/10, teraz już mnie te ludowe przyśpiewki o zagładzie nieco zmęczyły.

Poprzednie dzieło tego dronoszumowca, Verdun, aktualnie punktuje u mnie 9/10. Miażdżąca epopeja, wciskająca pod powieki obraz przeoranych liniami okopów pól bitew, upstrzonych lejami po artyleryjskich pociskach oraz strzępkami drutu kolczastego, oplecionego przez rozszarpane ludzkie szczątki. Ta nowa płyta o wiedźmie gra też całkiem fajnie ale… nie ma żadnego tematu, żadnej apokalipsy, gazu bojowego, bagnetów, zardzewiałych dziurawych hełmów, ot po prostu dronowy cios za ciosem, jakieś szumy, potem znowu parę ciosów… iskry bożej brak.

-= 6/10 =-
(poniżej normy, na krawędzi pozbycia się)

Smutna płyta, miałka taka, jakieś pitu pitu, bez emocji, strachu, transowych wkrętek, zjawiskowych dziewczyn z mikrofonem… zastanawiałem się czy nie dać jej 7/10 jednak, ale za dużo średniactwa i bidy na tej płycie, kilka momentów bardziej niesamowitych nie wywinduje jej aż tak. Warto trzymać jednak – czasem wpadną znajomi, co nie za bardzo lubią te szumy czy industriale, to wtedy można im takie pioseneczki puścić cicho i sobie rozmawiać czy grać – nikt się nie skarży.

Nuda, nuda, wąs i nuda, nic polotu, nic walcowania, bardzo (za bardzo) straightforward dla mnie, może dla tego że nie palę. W zasadzie kwalifikuje się do wywalenia, dam jej jeszcze parę odsłuchów, ale raczej nie będę za nią tęsknił. OooOOO lufyceeeerrrr czarna mszaaaa czarna mszaaaaa zzzz.

Wielki powrót z głebin, bitwy w sądach o prawa do nazwy, nowy skład – i tak w ramach dowcipu postanowiłem sobie to zbadać, bo kiedyś ich sporo słuchałem. No i… całkiem całkiem! Na ich ideolo tekstowe zawsze byłem odporny, z pięknych refrenów jakoś wyrosłem, ale dla samego perkusisty warto sobie czasem puścić – mimo że te refreny w głębi płyty cięzko strawić. Miło że w końcu znowu grają jak maszyna, a nie nagrywają kowery nirvany.

Uf, zapomniałem ile to się trzeba namęczyć, żeby te wszystkie lanslinki powrzucać, fotki, jakieś formatowania… i w zasadzie większość tych płyt przewijała się w żurnalach już wcześniej, więc nawet wiele nowego w tym podsumowaniu nie ma. No ale są lanslinki, obrazki i formatowanie – żurnal z generic bełkotu zmienia się w murowanego, opiniotwórczego hita, bezlitosnego generatora komciów!

Albo nie.

Dziękuję za lekturę i do nastepnego!

 

Do niedawna śmigałem po mieście z Koss PortaPro na uszach – padło w końcu na tą urodzinową edycję specjalną – ze względu na sznurkowy kabel.

Przyjaźniłem się z tymi słuchawkami od lat (urodzinowa wersja to już 3 para ‘portków’ jaką posiadam), ale coś mi zaczął siadać kabel (znowu!) – tym razem pierwszy raz w okolicach wtyczki. Niby gra ładnie, ale przy pewnym ułożeniu kabla, zaczyna znikać lewy kanał. Wyciągam z szafy pudełko z papierami i paragonem – i gwarancja oczywiście upłynęła 2 tygodnie temu. Noż jasny…
Słuchawki planuję naprawić tak czy inaczej – metodą ‘wyślij do Warszawy, czekaj pół roku, zapłać 100PLN za naprawę’, ale nie mogę się na tak długo pozbawić słuchawek, bo bym przecież w tych autobusach do pracy umarł – a tego nikt by przecież nie chciał. Tak więc rozpocząłem żmudny research w poszukiwaniu… SŁUCHAWEK ZASTĘPCZYCH! Tak jest – będę sobie nosił jakieś nowe a te wyślę na serwis. Tak to sprytnie obmyśliłem.

Nienawidze szukać sprzętu elektronicznego – ale jestem zdeterminowany i bardzo cierpliwy, tak więc brnę przez dziesiątki stron z recenzjami, opisami, porównaniami, nigdzie w okolicy nie ma miejsca gdzie by był duży wybór słuchawek do zbadania empirycznie, trzeba się zdać na opinie róznych ‘znawców’ – strach bierze na samą myśl. W końcu wybrałem – tym razem wspieramy europejską myśl słuchawkową:

AKG K450. Oczekiwania są spore – w teorii musi to być hit: małe słuchawki, zamknięte (w autobusie zarządzą bardziej), z lepszym kablem, no i w końcu coś innego – brzmienie Portów bardzo lubię, ale dreszczyk nowości to coś czym nie pogardzę.

Na początek porównanie samej konstrukcji fizycznej – AKG robią solidne wrażenie. Słuchawki są grubsze – z każdej strony. Metalowy pałąk grubo pociągnięty skóropodobnym obiciem, same ‘nauszniki’ też robią grube i tłuste wrażenie. Kabel wychodzi tylko z lewej słuchawki i – uwaga – jest wymienny, można go wypiąć i wymienić. W zestawie są niby dwa o róznych długościach – ten krótki jest aż śmieszny w swej krótkości, ten dłuższy ma na oko 120cm, troszkę mniej niż Porty – powinno wystarczyć żeby gigabeata nosić w kieszeni bluzy.

Pierwsza wycieczka na miasto była srogą porażką. Brzmienie – masakra, strasznie zmulone, zduszone, nic nie pomaga rzeźbienie full-parametrycznym equalizerem, aż żal ściska, nic nie słuchać. Ale spoko – wszędzie piszą że AKG w przeciwieństwie do Portów potrzebują czasu na wygrzanie, tak więc uparcie je noszę i dźwięki znoszę. Słuchawki dużo bardziej czuć na głowie niż Porty, które były jak piórko. Te też są lekkie, ale zaklejają ucho (wszak to zamknięta konstrukcja) no i… gniotą mnie w łeb. Przy dłuższych przebiegach, tak ponad godzinnych, po prostu boli mnie głowa. Odkrywam że jak zdejmę okulary jest lepiej, ale ciągle nie widzę szansy słuchania np. przez 2 godziny. Nie jest zbyt malinowo jak na razie.

Mijają dwa miesiące…

… no i możemy w końcu porozmawiać o brzmieniu. Bo to się zmieniło dość radykalnie. Słuchawki zaczęły gadać po jakichś 20 godzinach męczarni – i teraz gadają przepięknie. Zamknięta konstrukcja punktuje basami a kuleje wysokimi tonami, tak więc jedyna w sumie korekcja jakiej dokonałem na gigabeacie to wyciągnięcie wysokich tonów o 5 decybeli, basów o 1.5. I jest bajka. Słuchawki grają duzo dużo dokładniej niż Portki, dużo więcej słychać rzeczy z tła, takich których np. nigdy wcześniej nie słyszałem. Do tego izolacja – na mieście tłumią kapitalnie, w komunikacji miejskiej sporo gorzej, ale niebo lepiej niż Portki. Dodatkowy plus – można jechać głośno i nie słychać nic na zewnątrz, nie oglądają się babcie za mną jak jadę nowego Slayerka. Bas jest świetny, góra ok, bardzo precyzyjne i wyważone brzmienie. Bardzo podoba mi się separacja stereo – coś o czym Porty nie za bardzo słyszały, tutaj kanały chodzą bajecznie (te dwie perki w Kylesa…). Reasumując – brzmienie jest bardzo miłą odmianą po czysto rozrywkowych Portkach.

Wygoda niestety dalej jest problematyczna – gniotą gnoje. Ja mam wielki łeb i pewnie dlatego, pałąk rozsuwam o 1 klik luźniej (stopniowa regulacja jest w przeciwieństwiie do Kossów) i jest trochę lepiej… ale tylko trochę. Próbowałem trochę rozginać ten pałąk metodą brute force, ale metal jest wyjątkowo sprężysty i wraca do pierwotnej gniotącej formy niemal natychmiast, tak więc jest to chyba coś z czym będę musiał żyć. Pisałem już że słuchawki są grube – nie ma bata żeby je schować pod włosy, nie da rady nawet naciągnąć na łeb kaptura od bluzy… za to okazało się że to ostatnie jest już zbędne – zamknięte nauszniki grzeją uszy aż miło i żaden mróz nie straszny, jedynie cieniutki przeciwśniegowy kaptur kurtki i to tyle! Przyznam że nie spodziewałem się że mi tak pomogą AKG walczyć z dwudziestostopniowymi mrozami.
Kabel na razie daje rady i nie sztywnieje na mrozie jak w niebieskich Kossach. Jest bardzo gumowy i czepliwy, nie ślizga się po ubraniu tylko ‘ciągnie’ – coś do czego się trzeba przyzwyczaić. To że wychodzi z jednego tylko nausznika jakoś mnie nie rajcuje zupełnie, ale to że jest wymienny dobrze rokuje na przyszłość, bo zakładam że da się dokupić taki kabel w razie jakiejś awarii.

Słuchawki są elegancko wydane (sztywne euti, pudełeczko cacy), ale nie korzystam z tych wszystkich bajerów. Nawet ich nie składam, gdy nie słucham to zrzucam je na kark normalnie – taka czynność przy użytkowaniu PortaPro groziła uduszeniem i garotowaniem przez bezlitosny metalowy pałąk – AKG są tutaj milusie, nie duszą, nie mordują, mięciutko leżą na karku. Zdążyłem je bardzo polubić przez te dwa miesiące. Na tyle, że jakoś nie spieszy mi się Kossów posyłać na serwis. Jednak zrobię to, bo słabo widzę upały letnie przy zamkniętych słuchawkach, pół roku pośmigam w jednych, pół w drugich, będzie dobrze.

To tyle na dziś. Długo się zbierałem z tą recenzją, ale czuję że było warto – to zdecydowanie sprzęt do którego trzeba przywyknąć. Macie na koniec pudełusio, i papatki!

© 2012 Idź do domu bo się nie nadajesz Suffusion theme by Sayontan Sinha