aen

avatar

 

W kąciku dobrych porad Cioci Marty było już o tym, na co zabierać dziewczynę do kina, kogo słuchać i jak grać w gry komputerowe, żeby było dobrze. Jednak jakoś umknęła mojej uwadze fundamentalna kwestia, będąca zasadniczo złotym środkiem na wszystko, a mianowicie – co robić i jak wyglądać, żeby zdobyć serce niewiasty, tudzież rozkochać w sobie swą wybrankę na nowo! Toteż krótki instruktaż. Z obrazkami, żeby było łatwiej.

Kolejność, jak zwykle, przypadkowa :)

1. Bruce Willis

To jest oczywiście kwintesencja męskości. Muskulatura, srogi wyraz twarzy, dla podkreślenia dramatyzmu można dorobić sobie parę blizn, spocić się mocno i wyłysieć. I poczekać parę/naście/ lat, bo taki efekt najpewniej można uzyskać w okolicach 50tki. Niemniej takie połączenie buldożera z jaskiniowcem rozpali większość kobiecych serc w różnym /oj bardzo różnym!/ przedziale wiekowym. To jest powrót do korzeni, zew natury i zaspokojenie atawistycznych instynktów. Ach, aż się sama spociłam.

Dla mniej wymagających polecam polski odpowiednik tego typu – Bogusław Linda.

2.  Johnny Depp

To typ dyktowany raczej przez presję społeczeństwa, aniżeli mój osobisty wybór, bo jakoś nigdy mnie ten pan nie rozmiękał /poza tym że bardzo cenię jego talent aktorski/. Szerszy komentarz sobie daruję, bo na pewno wszyscy się o nim już nasłuchali od swoich koleżanek/kuzynek/sióstr/kogokolwiek.

3.  Quentin Tarantino

Nie trzeba być aktorem, by zdobywać kobiece serca szybciej niż expić w Tibię. Czasem wystarczy stanie po drugiej stronie kamery! Jest to jednakże bardziej karkołomne zadanie, bo nie wystarczy wówczas dobrze wyglądać – trzeba mieć do tego jeszcze głowę nie od parady, z milionem oryginalnych pomysłów oraz, najlepiej, kilka kultowych tytułów na koncie /i zielone miliony na.. innym koncie!/. Temu panu to chyba nawet Sashh się nie oprze.

4. Andrzej Chyra

Nie trzeba mieć obcobrzmiącego nazwiska, by zdobyć serce kobiety, o nie nie! Na dodatek nie trzeba być /rzekomo/ pięknym jak Dorociński ani sławnym jak Szyc, by podbijać serca /nie ukrywam, tych bardziej rozgarniętych/ pań. To jest po prostu wyższa poprzeczka.

5.  Aaron Turner

Ewentualnie można być muzykiem, najlepiej takim, co to szarpie struny i nieźle krzyczy! Z postmetalową bródką koniecznie /tutaj może kolega Sashha by się nadał../. Uprasza się jedynie o regularne odwiedzanie fryzjera. Bo inaczej w jednej chwili z boga seksu można się przemienić w szperacza śmietnikowca.

6. Heath Ledger

Czasem, żeby fanki mdlały i kochały wszystkimi swymi atomami, trzeba po prostu umrzeć.

7. Ethan Hawke

Co do brzmienia nazwisk – dobre są też takie, których nikt nie potrafi wymówić! /ja obstawiam: ifan hewkju/. Z takim nazwiskiem rośnie szansa na puknięcie Umy Thurman, a to już klasa elitarna osiągnięć, mili państwo. Kto by nie chciał puknąć Umy ręka w górę.

8. Ryan Gosling

Tu nie będzie komentarza, bo to mój zdecydowany faworyt i żadne słowa nie oddałyby i tak jego cudowności.

9. Jude Law

Faworyzacja zakończyła się w momencie, kiedy poczytałam różne pudelki i kozaczki i się okazało, że ów pan zmienia partnerki częściej niż bieliznę. Aczkolwiek.. to też droga do sukcesu niewątpliwie!

10. PATISONY!

Już się rozwodziłam nad tym panem przy innej okazji, więc dzisiaj krótko – patisony tylko wówczas, jeśli są w stylizacji ze “Zmierzchu”, bo w innych wypadkach to jest nic szczególnego /a nawet bardzo nieszczególnego/. Poza tym mój syn z pewnością będzie miał na imię Edward.

Powodzenia! ^____^

 

W związku z nadmiarem wolnego czasu (bo egzamin dopiero za dwa dni  :student:  ) wprowadzam tutaj takie oto novum! Bardzo subiektywne Top Teny (ewentualnie Top Trendy, tak z dedykacją dla B., żeby wiedział, jak być modnym wśród młodzieży i jak mieć powodzenie u wilczexów).

Zaczniemy  od kobiecych Głosów. Głosy, w przeciwieństwie do głosów, nie należą do żadnych Bijonsów, Dód czy Nelli Furtadów, a już na pewno nie należą do KEJTI MELUŁA. Oj zdecydowanie nie.

/kolejność randomowa, proszę się nie sugerować liczebnikiem porządkowym/

Ach, i beware! fap material!

1. PJ Harvey

Może nie wygląda zachęcająco, ale głos ma bardzo dobry, potrafi w pełni i różnorodnie go wykorzystać, poza tym jest szalenie utalentowaną artystką – sama jest w stanie zrobić tyle, co, powiedzmy, pięcioosobowy band. Prywatnie bardzo jej zazdroszczę.

2. Florence Welch /Florence + The Machine/

Potężny, mocny i co najważniejsze – wciąż kobiecy głos! Na dodatek jest ruda, a wiadomo, że rude są najlepsze. ;)

3. Amanda Palmer /The Dresden Dolls/

Głos bardzo charaktery. Niesamowite rzeczy potrafi z nim robić.

4. Pati Yang

I pomyśleć, że to Polka. :) Zdecydowanie, duma polskiego trip hopu.

5. Imogen Heap

Kiedyś we Frou Frou, teraz solowo.  Bardzo kojące brzmienie.

6. Tori Amos

Zanim niektórzy zaczną się krzywić, jedno tej kobiecie trzeba oddać – jej głos się nie starzeje, ale dojrzewa. ;)

7. Beth Gibbons /Portishead/

8. Julie Christmas /Made out of Babies, Battle of Mice/

Ewenementem jest połączenie tak słodkiego, landrynkowego wręcz głosu z ciężkim, mhrocznym brzmieniem.

9. Lou Rhodes /Lamb/

10. Agnete M. Kirkevaag /Madder Mortem/

/po kliknięciu na obrazek powinny się otworzyć lanslinki ^___^/

 

.. czyli na co zabierać swoją partnerkę do kina i dlaczego!

W dzisiejszym odcinku będą aż dwie recenzje modnych filmów, żebyście wiedzieli, moi drodzy, na co zabierać swe kobiety /teraźniejsze lub przyszłe/, by były zachwycone.

1. Twilight aka Zmierzch

Oczywiście, Pattison. Kobiety mdleją i mają mokre sny, panowie robią grymas obrzydzenia i cicho nienawidzą. Cóż, nie jest to na pewno wcielenie pierwotnych instynktów, chodzący testosteron, ale.. dammit, ma swój urok, jak tak patrzy tym swoim wzrokiem zbitego kundla i jest tak cudownie milczący. Bo nie chodzi tylko o ten fajny wygląd i mąkę na twarzy – kobiety lecą też na obraz faceta-indywidualisty, który trzyma się z boku, jest zimny i niedostępny, a już w ogóle jest rewelacyjnie, kiedy mówi co innego niż myśli, np.. że mu nie zależy, kiedy akurat mu zależy! Taki wiecie, pokrętny bad guy, który przeżywa wewnętrzną walkę z samym sobą, w imię wyższego dobra!

Myślę jednak, że nie w samym Pattisonie tkwi haczyk. Oczywiście jest on najważniejszy i wybitny, ale producenci zadbali o jeszcze jeden misterny szczegół, który zwykle umyka świadomości większości odbiorców /a raczej odbiorczyń/ – w tym filmie 80% męskich ról jest ponadprzeciętnie przystojnych. Doprawdy, moje oko nie widziało żadnego innego tytułu /a tytułów widziało wiele/, w którym istniałoby podobne natężenie tylu ładnych buź.  Jest nawet jeden Murzyn i o dziwo, też daje rady ponadprzeciętnie! Brzydcy są tam chyba tylko starzy Indianie, ale oni się nie liczą, bo widać, że i tak niedługo umrą /tzn. fabuła prowadzi do takich wniosków/. Jak już skończyłam się odwadniać na widok Pattisona, to tak mnie właśnie uderzyło, że ojca to on też ma całkiem konkretnego. I braci. I w ogóle. Sprytne zagranie, wcale mnie nie dziwi, że panienki tak szaleją na punkcie “Zmierzchu”…

… bo to właściwie jedyna mocna strona tego filmu – niezwykłe walory estetyczne /btw role żeńskie też fajne były :) /. Na upartego można jeszcze pochwalić dobrze dobrany soundtrack i całkiem sensowny montaż.  Nie zmienia to faktu, że element, który powinien być podwaliną każdego dobrego filmu – FABUŁA – leżał i kwiczał kompletnie. Nawet nie próbuję tutaj niczego streszczać, bo czuję że nie podołam. Taka tam zabawna historyjka, jak panna leci na wampira, wampir na nią też ale mówi, że jej nie chce i ciągle robi smutne oczy, w końcu pojawiają się szwarc charaktery i potem do końca filmu wampiry się ganiają bez sensu /a biegają ultraszybko i fajnie skaczą po drzewach/. Akcja jest podziurawiona jak ser szwajcarski, samą zaś historię kupiłabym może, gdybym miała 15 lat. I zasadniczo taki jest tu target – rozwydrzone nastolatki, które lubują się w rozterkach, emocjach i trudnych wyborach moralnych. Teh drama. Tani tragizm i rozpacz z gatunku “nie mogę bez ciebie żyć, ale muszę cię opuścić”. Żałuję, że jestem tak stara, bo jak tak sięgam pamięcią, to przypominam sobie, że jak miałam 15 lat to mocno mnie jarały takie masochistyczne, emocjonalne motywy.

Warto wspomnieć, że w całym filmie nie pada ani jedno “kocham cię”! I dobrze, bo groziłoby to już oddaniem treści żołądka naturze.

2. New Moon aka Księżyc w nowiu

Fabularne zwroty akcji! Mały Indianin, który w pierwszej części podkochiwał się w naszej bohaterce, okazuje się.. wilkołakiem. A że wilkołaki + wampiry = this will not work, to mamy hueg drama. Tak więc w pierwszej godzinie filmu nasza ulubiona bohaterka dostaje dwa kosze /i od wampira, i od wilka/, przy czym obaj ją kochają, ale dbają o wyższe dobro, a w drugiej godzinie /na szczęście ostatniej/ wampir z wilkiem się nieźle przepychają o względy panienki. Kwintesencją wszystkiego jest superturbodrama, bo pada “kocham cię”, i jest to najgorsze “kocham cię” w historii kina – nasza bohaterka mówi wilkowi, że go kocha, po czym wybiera wampira.

Do tej chwili jestem głęboko wstrząśnięta i czuję, jak usychają mi szare komórki. Fabuła jest dnem dna, nie kupiłabym jej nawet mając 15 lat. Już nawet nie tylko dlatego, że przewidywalna i zwyczajnie nudna. Ona jest.. żenująco bezsensowna i ultranaiwna. Bardziej mnie przekonują smutne losy Pinokia niż te chwytające za serce /czy też raczej żołądek/ bajki o wampirach.

Na domiar złego nawet na Pattisona sobie nie można popatrzeć, bo jakoś tak brzydko ucharakteryzowany, a na dodatek jest ucieleśnieniem drętwoty i sztywniactwa. Choć to zapewne też celowy zabieg, bo najważniejszą postacią w drugiej części tejże wspaniałej sagi jest tańczący z wilkami. Ze “Zmierzchu” pamiętamy go jako młodego wymoczka, a tu proszę, jaka transformacja – przypakował na sterydach, obciął długie, obleśne, indiańskie włosy i patrzy, nomen omen, wilkiem. Od razu lepiej, choć mimo wszystko nadal nie miał szans stać się bożyszczem nastolatek na tle tych wymuskanych wampirów. Rozwiązanie jest jedno – ubrzydzić wampiry. Co ochoczo uczyniono.

Ciężko znaleźć jakąś mocną stronę tej produkcji. Nawet w soundtracku doładowali jakiegoś smętnego siusiaka, Thoma Yorke. Osobiście obstawiam komputerowo wygenerowane wilki – były naprawdę urocze. W przeciwieństwie do wszystkiego innego.

Pytanie zasadnicze: jak po tych antyrecenzjach przemóc się, by zmarnować parę godzin życia na taki crap?

Chodzi o pewien.. zabieg psychologiczny. Mianowicie – jestem przekonana, że Wasza partnerka po seansie odetchnie z ulgą, że ma obok siebie.. Was. Bo może nie jesteście tak idealni, jak nasi zabawni bohaterowie – ale jesteście żywi, namacalni. Zdrowi, normalni, ludzcy. Prawdziwi. I to jest najważniejsze. :)

 

Muszę tu wprowadzić trochę estrogenów, bo zaczyna wiać testosteronową nudą ;>

Tak czytam tutaj sobie posty zana i mnie natchnęło.  Bo niby temat jest prosty i oklepany, i nic twórczego już tu nie wymyślę, ale są jednak takie aspekty, które rzucają na problem nowe światło! Bo problem istnieje niezaprzeczalnie, co więcej jest powszechny i irytujący. Ale jakoś nikt chyba nie wpadł na to, by go rozwiązać metodą dyplomatyczną, bez bolesnego wyrzucania peceta/konsoli z domu (albo żony/dziewczyny, zależy co zwycięży).

Na początek obalanie mitów.

Nieprawda, że kobiety uważają gry za dziecinne i głupie. Co prawda nie dotyczy to 100% żeńskiej populacji, jednak jeśli kobieta jest taka z tych nieco bardziej kumatych (albo po prostu ma otwarty umysł), to przyzna, że gry mogą być pasją, rozrywką, doznaniem estetycznym, przeżyciem mentalnym etc, etc.  Trzeba sobie po prostu uzmysłowić, że jeden lubi jak mu Cygan gra, a drugi jak mu nogi śmierdzą. Pasja to pasja, nie uważam, żeby fan gier planszowych (:*) był mentalnie gorszy od fana filmów Bergmana, czy cokolwiek podobnego.

Nieprawda, że kobiety uważają gry za uwłaczające kobiecej naturze. Trzeba być albo chorą feministką, albo ultrazakompleksionym nieszczęściem, żeby mówić, że kobieta w grach jest uprzedmiotowiona. Przy czym nadrzędnym (i zwykle jedynym) zarzutem jest “bo ma wielkie cycki”. Wiadomo, że większość facetów cycki lubi (B na pewno potwierdzi!) i wiadomo, że seks się sprzedaje. Odwoływanie się do prymitywnych (ale jakże silnych) instynktów nie jest jakimś filozoficznym zagraniem, ale zwykłym chwytem marketingowym. Oj, długie godziny dyskutowaliśmy z mym lubym, czy panny z cycami są złe, czy dobre (przy czym podział ról był dość nieprzewidywalny, bo ja lubię kiedy widać, że baba to baba, a mój luby jest fanem dość skromnie obdarowanego przez naturę dziewczęcia z Mirror’s Edge). Trzeba być durną babą, żeby się o to burzyć. Wcale nie uważam, żeby portret kobiety w grach był przesadzony – duże cycki istnieją, i można je spotkać znacznie częściej, niż Ewę Sonnet! Osobiście, zagrywając się w Torchlight’a, szukałam swojej bohaterce takiego armoru, żeby ładnie i kobieco w nim wyglądała. Ergo – jak kobieta ma poukładane, to sama będzie w stanie dostrzec pierwiastek estetyczny w wirtualnych pannach. I będzie też wiedziała,  że Lara Croft jest słaba. ;)

Więc o co tak naprawdę chodzi?

O niezrozumienie. I sami napędzacie to błędne koło, drodzy panowie! Słuchając babskiego zrzędzenia,  albo się irytujecie, albo przestajecie reagować. Pewnie, łatwo jest wyjść z założenia, że “to kobieta, i tak nie zrozumie” i oszczędzić sobie odrobiny fatygi, by ją jakoś w ten temat wdrożyć. Czy to pokazując jakiś przyjemny tytuł (i wcale niekoniecznie muszą to być Simsy), czy to dużo z nią rozmawiając, tłumacząc itd. Bo jak ta biedna kobietka ma lubić i tolerować coś, czego zupełnie nie zna?

Większość kobiet jest też zwyczajnie zazdrosna. Mogą odwiedzić fryzjera, kosmetyczkę, założyć jakiś nowy szałowy ciuch, a wy i tak będziecie zaabsorbowani jakimś nowych acziwmentem! Nic dziwnego, że kobieta robi się rozżalona i sfrustrowana, kiedy na przykład rozkłada się na łóżku zachęcająco, a wy biegacie sobie Batmanem albo rycerzem Jedi z wypiekami na twarzy i fascynacją w oczach. To w sumie chyba najtrudniejszy aspekt – wiedzieć, kiedy oderwać się od monitora, by pogłaskać swą kobietę. Choćby mentalnie.  Ale gwarantuję, że kilka takich zagrań w odpowiednich momentach, a kobieta przestanie ględzić, że jesteście dziecinni. :)

Podsumowując – więcej cierpliwości, chęci i odwagi podzielenia się grą z kobietą, zamiast biernego znoszenia pretensji, a istnieje duża szansa, że Wasza kobieta będzie lubić nie tylko grę wstępną! A może nawet okaże się bardziej zaangażowanym graczem, niż Wy ;>

Czego sobie i Państwu życzę. :)

© 2012 Idź do domu bo się nie nadajesz Suffusion theme by Sayontan Sinha