Koniec świata już bliski, niejedno za tym przemawia, a wśród przesłanek rychłej zagłady jest też między innymi i ta, że przydarzyło mi się ostatnio skończyć grę! To wydarzenie było tak traumatyczne nawet dla mnie, że aż postanowiłem podzielić się ze światem tą niesamowitą nowiną. Do rzeczy więc (a czytając wyglądajcie za oknem cienia komety):
Tak się złożyło, że trafiła w moje ręce niedawno oryginalna (sic!) wersja gry. Nie byle jaka to gra, bo szczelanka. I jak dla mnie to wręcz nowiuśka (jak byście nie wiedzieli to zatrzymałem się na tak gdzieś w pół drogi między Q3 a Doom3). I z jakimiż to pięknym bajerem od razu. Cell-Shading, komiksy, miodzio… XIII.
Tak więc wziąłem się za te 4 płyty, wyciągnąłem, zaczynam instalować i patrzę: można wziąć opcję „pełnej” instalacji. Myślę „o kurka kret! w końcu na coś się nada ten 160-gigowy dysk, który mam od jakichś 3 lat niezapełniony!” No to biorę opcję i czekam aż się te 1,5gb zgra z płytek, żonglujac nimi co chwilę niczym dyskietkami z Q1, na których niegdyś mój kumpel usiłował przemycić „nowoczesną szczelankę” do szkolnej pracowni komputerowej. Pożonglowałem, ale bez stresu, wszak liczyłem, że wraz z taka piękną opcją instalacji, zabawy z płytami się skończą. No cóż, wyszedłem na frajera… nie ostatni zresztą raz, ale wiadomo frycowe przy „nowych” grach trzeba zapłacić.
Odpalam grę, komiksowe, a jakże menu… pomysł niezły, choć wykonanie, no powiedzmy, to już mniejsze zło, niczym głos w wyborach parlamentarnych. Ale co tam, od razu idę do opcji, bo porządna konfiguracja to podstawa! I zdziwienie, bo widzę, że nawet za bardzo nie muszę kombinować ze sterowaniem i innymi szmerami, bajerami. Wszystko co trzeba w standardzie już jest. Rzeczywiście coś chyba przespałem. Spoko, jest plus.
I w końcu zaczynamy grę. I… jakieś spiski, jakieś zamachy, jakieś kuklukklauny poo-przebierane (jakby to Czarek P. w którejś ze swych słynnych kreacji powiedział, krzywiąc gębę w sposób, którego nie powstydziłby się ktoś dziedzicznie obciązony). Plus mamy tu jakiegoś twardziela z amnezją. Od razu czuć twista na kilometr (fajnie znać rozwiązanie zanim się dobrze zacznie grać!). Zresztą, co mi tam: sprawdzam karty bez podbijania, bo nie mam ochoty na blefy: cliche motywy flaki mi poprzewracały na drugą stronę, ale w pewnym momencie pogodziłem się ze swoim losem (i problemami z wypróżnianiem) i już tylko siekałem złych panów ze SPADSu. Taka dygresja na boku: jeśli to jest rzeczywiście taka wierna adaptacja komiksu, to zaczynam się przychylać do zdania niektórych sz. kolegów o fanach tego gatunku sztuki… bo to ponoć jest jakiś ‘kultowy prawie’ komiks.
Ale tak sobie gram, jak jest jatka, to jest fajnie. Jak każą sahować, to niby też, tylko $#^*(&#^$* ja *%$^@#$, w ^$#*$^(* $&*$ #*&$&#, co za ludzie wymyślili, że jak się zapisuje stan gry po żmudnym kilkunastominutowym skradaniu to po odczytaniu go wracamy do stanu z ostatniego „punktu kontrolnego”? Czy ja wyglądam na skośnookiego człowieka nie wychodzącego nigdy ze swojej celi 2x2m, trenującego jeden poziom po 500 razy, żeby dojść do perfekcji? Albo chociaż fana mangi (względnie anime), co to oddałby nerkę za miejsce w kąciku takiej celi? Jak gram w grę po pracy, na najniższym poziomie trudności, to oczekuje, że się sama przejdzie, a jak się jednak coś nie uda (no ale bez przesady, za co ja k. płacę?), to sobie to wczytam i po sprawie. Gdzie te piękne czasy ja się pytam? Czy godzi się tak szarpać staruszka? Fani konsol – powiem wam tylko tyle: zasługujecie na swój los jednak.
A wracając do tematu, grałem sobie od punktu kontrolnego, do punktu kontrolnego, co drugi dzionek, lejąc na fabułę, lejąc na doczytywanie każdego levelu z płyty i wymianę tejże co jakiś czas, szczelając z kuszy (w wodzów hamerykańskich), szczelając z kolta, szczelając w końcu z kałasza i innych takich. I to było dobre. Gorsze było szukanie jakichś tajnych przejść zamaskowanych, żeby dotrzeć do następnego sejwpojnta, bo już kulturalnie drzwi otworzyć nie umie taki tajny agent, jeden z drugim. Ale może już tak mają ci tajni agenci… nie wiem, ale Garrett to chociaż szczałe z łuku umiał z liną puścić, a ten ma niby haka teleskopowego, ale gdziekolwiek bądź wszczelić się już nie umie. Gość. Więc na chuj mi taki hak? Żeby chociaż się dało nim akcję a’la żółty z mortala… aaaaa… co ja pierdole. Dość.
Jeszcze bossowie też musieli być, jak przystało na porządną grę konsolową. Zzzz… szczeliłbym im z haka jakby się dało i podczepił pod sufitem na postrach fanom konsol, ale znowu się nie dało.
No generalnie, jak to jeden z moich autorytetów w sprawach gier komputerowych zwykł pisać: podobała mi się gra, bo była fajna. I faktycznie zdziwiłem się, bo nawet na tyle to było relaksujące, że udało mi się w 2 tygodnie skończyć. Oczywiście po tym jak uprzednio zostałem brutalnie mentalnie rozdziewiczony przez gang konsolowych ficzersów i skończyłem w stanie potraumatycznej katatoni. A więc „AHOJ PRZYGODO!” i „Witaj świecie nowych wspaniałych gier!”
pozdro666
PS. Jak to dobrze, że mój komp to już stary złom i żadne gaylo mi nie pójdą, bo aż się boje, gdzie by mógł mnie zaprowadzić syndrom sztokholmski… A póki co może znowu się odstresuje „robaczkami” (jak podsumowano mi jakiś czas temu Dwarf Fortress).

