.. czyli na co zabierać swoją partnerkę do kina i dlaczego!
W dzisiejszym odcinku będą aż dwie recenzje modnych filmów, żebyście wiedzieli, moi drodzy, na co zabierać swe kobiety /teraźniejsze lub przyszłe/, by były zachwycone.
1. Twilight aka Zmierzch
Oczywiście, Pattison. Kobiety mdleją i mają mokre sny, panowie robią grymas obrzydzenia i cicho nienawidzą. Cóż, nie jest to na pewno wcielenie pierwotnych instynktów, chodzący testosteron, ale.. dammit, ma swój urok, jak tak patrzy tym swoim wzrokiem zbitego kundla i jest tak cudownie milczący. Bo nie chodzi tylko o ten fajny wygląd i mąkę na twarzy – kobiety lecą też na obraz faceta-indywidualisty, który trzyma się z boku, jest zimny i niedostępny, a już w ogóle jest rewelacyjnie, kiedy mówi co innego niż myśli, np.. że mu nie zależy, kiedy akurat mu zależy! Taki wiecie, pokrętny bad guy, który przeżywa wewnętrzną walkę z samym sobą, w imię wyższego dobra!
Myślę jednak, że nie w samym Pattisonie tkwi haczyk. Oczywiście jest on najważniejszy i wybitny, ale producenci zadbali o jeszcze jeden misterny szczegół, który zwykle umyka świadomości większości odbiorców /a raczej odbiorczyń/ – w tym filmie 80% męskich ról jest ponadprzeciętnie przystojnych. Doprawdy, moje oko nie widziało żadnego innego tytułu /a tytułów widziało wiele/, w którym istniałoby podobne natężenie tylu ładnych buź. Jest nawet jeden Murzyn i o dziwo, też daje rady ponadprzeciętnie! Brzydcy są tam chyba tylko starzy Indianie, ale oni się nie liczą, bo widać, że i tak niedługo umrą /tzn. fabuła prowadzi do takich wniosków/. Jak już skończyłam się odwadniać na widok Pattisona, to tak mnie właśnie uderzyło, że ojca to on też ma całkiem konkretnego. I braci. I w ogóle. Sprytne zagranie, wcale mnie nie dziwi, że panienki tak szaleją na punkcie „Zmierzchu”…
… bo to właściwie jedyna mocna strona tego filmu – niezwykłe walory estetyczne /btw role żeńskie też fajne były
/. Na upartego można jeszcze pochwalić dobrze dobrany soundtrack i całkiem sensowny montaż. Nie zmienia to faktu, że element, który powinien być podwaliną każdego dobrego filmu – FABUŁA – leżał i kwiczał kompletnie. Nawet nie próbuję tutaj niczego streszczać, bo czuję że nie podołam. Taka tam zabawna historyjka, jak panna leci na wampira, wampir na nią też ale mówi, że jej nie chce i ciągle robi smutne oczy, w końcu pojawiają się szwarc charaktery i potem do końca filmu wampiry się ganiają bez sensu /a biegają ultraszybko i fajnie skaczą po drzewach/. Akcja jest podziurawiona jak ser szwajcarski, samą zaś historię kupiłabym może, gdybym miała 15 lat. I zasadniczo taki jest tu target – rozwydrzone nastolatki, które lubują się w rozterkach, emocjach i trudnych wyborach moralnych. Teh drama. Tani tragizm i rozpacz z gatunku „nie mogę bez ciebie żyć, ale muszę cię opuścić”. Żałuję, że jestem tak stara, bo jak tak sięgam pamięcią, to przypominam sobie, że jak miałam 15 lat to mocno mnie jarały takie masochistyczne, emocjonalne motywy.
Warto wspomnieć, że w całym filmie nie pada ani jedno „kocham cię”! I dobrze, bo groziłoby to już oddaniem treści żołądka naturze.
2. New Moon aka Księżyc w nowiu
Fabularne zwroty akcji! Mały Indianin, który w pierwszej części podkochiwał się w naszej bohaterce, okazuje się.. wilkołakiem. A że wilkołaki + wampiry = this will not work, to mamy hueg drama. Tak więc w pierwszej godzinie filmu nasza ulubiona bohaterka dostaje dwa kosze /i od wampira, i od wilka/, przy czym obaj ją kochają, ale dbają o wyższe dobro, a w drugiej godzinie /na szczęście ostatniej/ wampir z wilkiem się nieźle przepychają o względy panienki. Kwintesencją wszystkiego jest superturbodrama, bo pada „kocham cię”, i jest to najgorsze „kocham cię” w historii kina – nasza bohaterka mówi wilkowi, że go kocha, po czym wybiera wampira.
Do tej chwili jestem głęboko wstrząśnięta i czuję, jak usychają mi szare komórki. Fabuła jest dnem dna, nie kupiłabym jej nawet mając 15 lat. Już nawet nie tylko dlatego, że przewidywalna i zwyczajnie nudna. Ona jest.. żenująco bezsensowna i ultranaiwna. Bardziej mnie przekonują smutne losy Pinokia niż te chwytające za serce /czy też raczej żołądek/ bajki o wampirach.
Na domiar złego nawet na Pattisona sobie nie można popatrzeć, bo jakoś tak brzydko ucharakteryzowany, a na dodatek jest ucieleśnieniem drętwoty i sztywniactwa. Choć to zapewne też celowy zabieg, bo najważniejszą postacią w drugiej części tejże wspaniałej sagi jest tańczący z wilkami. Ze „Zmierzchu” pamiętamy go jako młodego wymoczka, a tu proszę, jaka transformacja – przypakował na sterydach, obciął długie, obleśne, indiańskie włosy i patrzy, nomen omen, wilkiem. Od razu lepiej, choć mimo wszystko nadal nie miał szans stać się bożyszczem nastolatek na tle tych wymuskanych wampirów. Rozwiązanie jest jedno – ubrzydzić wampiry. Co ochoczo uczyniono.
Ciężko znaleźć jakąś mocną stronę tej produkcji. Nawet w soundtracku doładowali jakiegoś smętnego siusiaka, Thoma Yorke. Osobiście obstawiam komputerowo wygenerowane wilki – były naprawdę urocze. W przeciwieństwie do wszystkiego innego.
Pytanie zasadnicze: jak po tych antyrecenzjach przemóc się, by zmarnować parę godzin życia na taki crap?
Chodzi o pewien.. zabieg psychologiczny. Mianowicie – jestem przekonana, że Wasza partnerka po seansie odetchnie z ulgą, że ma obok siebie.. Was. Bo może nie jesteście tak idealni, jak nasi zabawni bohaterowie – ale jesteście żywi, namacalni. Zdrowi, normalni, ludzcy. Prawdziwi. I to jest najważniejsze.