BAVARIA 8 6 – Blond Special Beer [!]

Bavaria Brouverij, alkohol: 7,9 ekstrakt 16%.

CENA – 6,25 – W Kerfurze byłem i z ciekawości kupiłem, bo ostatni Holender mi smakował. Ogromna cena. Gigantyczna. I wcale za nią nie ma takich cudów.

GORYCZKA – goryczka dominuje – lekko na początku, potem mocno a potem już gorzko. Za gorzko. Chce się… wziąć żubra i po tym popić. Nawet ja mam ochote na np kawałek czekolady, mimo że piwo jest dość słodkie. Nie jestem fanem TAKIEJ goryczy – ale wiem że fani są. Smak jest na pewno bogaty i charakterystyczny. Czuć w nim lekkie nuty i owoców [?] i miodu… Ale gorycz jest dominująca.

SŁÓD – mocno słodowe, ulepek taki trochę. Słód się wybija jako baza dla aromatów które wymieniłem wcześniej. Słód wchodzi już w 1 nucie, nie jest ona pusta jak w tym poprzednim mocnym piwie. Plusik!

POSMAK SPIRYTA – nie ma. I dobrze, takie drogie piwo… Wszystko z fermentacji.

DODATKOWE UWAGI O SMAKU – nie wiem czemu blond special, ale jak na takie mocne piwo jest jasne bardzo – może dlatego. Dziwne to są smaki powiem wam – z jednej strony gorycz a z drugiej słodkość. To ja już nie wiem. Nie smakuje jak piwo, tylko jak lekka nalewka na naparstku miodu. Czy smaczne? W unikalnych cyrkumstancjach – jesienny wieczór etc – tak! Ale teraz, po pracy… Chciałoby się coś lżejszego.

OCENA W SKALI OD „1″ do „20″ – 13 – trzynasteczka koszerna. Solidna jakość, nie można się przywalić, nie jest objawienie… Byłoby wyżej, ale… CENA! Nie da się tego pić na codzień, a piwo nie jest napojem koneserskim raz na czas pitym, ale codziennym. Unless nie zarabiacie 8K i lata wam ile wydacie na browce – go ahead. Ja zarabiam 2,2 k i 6 zł 3 razy w tygodniu nie wydaję, dzięki, wolę kotu kupić żwiru worek zapachowego, bo pożytek większy!

 

Dzień Ziobry! Dziś nie ma wiersza, bo nie mam weny. W życiu poety bywają takie dni, Mickiewicz np miał same takie dni, a wieszczem został.

KSIĄŻ – CZARNY SPECJAŁ

Carlsberg Polska, alkohol: 9% [o kurwa] ekstraktu nie podano.

CENA – 3,10 – Proszowice city. sugerowana niby 2,85, to w miastach dużych może być i tyle nawet. Ale Proszowice rządzą się swoimi prawami, a jednym z praw jest: „jak coś w kraku kosztuje 5 zeta to u nas co najmniej 5,50!”

GORYCZKA – piwo ma 9%, o czym dumnie informuje nas producent wielkimi cyferkami na opakowaniu. Dlatego spodziewałem się gorzkiego czegoś, co mnie zabije spirytusem albo strasznym słodem. Nic takiego się nie stało. Piwo jest owszem, goryczkowe w drugiej -a zwłaszcza trzeciej – nucie, ale nie jest GORZKIE. Całkiem w tym temacie porządnie.

SŁÓD – charakterystyczną cechą opisywanego przeze mnie produktu jest pustka w pierwszej nucie smakowej. Słód jest właśnie jedynym smakiem jaki tam czujemy, ale to tez na zasadzie doszukiwania się. Na początku pusto a potem goryczka. Dlatego piwo wydaje się lżejsze niż te ciemne zamulacze co to słodkie jak kostka cukru w pierwszym łyku a potem gorzkie jak myśli Kokiego. Tu inaczej trochę. Nie wiem czy mi się to podoba, ale na pewno doznanie jest inne niż zwykle.

POSMAK SPIRYTA – trochę jest. Ale zaskakująco mało jak na piwo o 9% mocy. Walniesz dwa takie i jesteś gotowy niby, ale nie trzepie pyskiem podczas spożycia. Nie wiem jak osiągnęli te 9%. Może zamaskowali jakąś chemią ten alkohol?

DODATKOWE UWAGI O SMAKU – a właściwie o wyglądzie. Piwo się niby nazywa CIEMNY SPECJAŁ – a jest… jasne. Nie tak jak lagerek albo pszeniczniak w świetle knajpianych lamp, ale do głębokiego bursztynu mu daleko. A tego się spodziewałem w sumie. Dziwna sprawa.

OCENA W SKALI OD „1″ do „20″ – 10 – cytując klasyka: „siedzę i myślę i nie wiem co myśleć” – z jednej strony dobrze mi się pije. Ale ja mam problem alkoholowy już i mi się wszystko dobrze pije. Z drugiej strony brak jakiegoś wyrazu unikalnego, jakiegoś smakowego wyróżnika z masy innych piw. Mocniejsze? na pewno. Kolor dziwny? Też. Ale na więcej niż ocena wyżej nie zasłużyło. Chujowe nie jest, ale na domówkę nie zabiorę czterech takich żeby szybciej czas leciał.

 

Po jeszcze dłuższej nieobecności wracam kurwa na pełnej pycie i jest zajedosko! Dla was tradycyjny wiersz:

Ciężko w codziennym życiu
jechać bez browara
wie o tym i student
wie i twoja stara

dlatego gdy wieczór
roztacza swe mroki
piją piwo dziwki,
ramole i zboki

pijmy i my płyn ten
nie zważając na nic
nim nie zatoniemy
jak kurwa titanic

PIWO NA MIODZIE GRYCZANYM

Browar Jabłonowo [!], alkohol: 5,2% ekstraktu nie podano.

CENA – 5,20 – w Realu. Umpf! Przyjąłem to na klatę, ale powiem wam, że już kilku takich ciosów Muhammada Alego nie przyjmę więcej. Na stronie browaru jest w zakładce DLA KONESERUW (co za bul!) i ja wam powiem że cena iście koneserska.

GORYCZKA – to jest piwo miodowe. Nie ma czasu na goryczkę niby, a jednak! Na początku czujemy ten smak miodu, rozlewa się i nastraja błogo. A potem robi BUCH! Smak piwa – goryczka w najlepszym wydaniu, nie gorycz a SMAK… Wchodzi nuta ciemnego piwa i mroczy nasze dusze jak brak seksu zmroczył Nergala.

SŁÓD – klasycznego słodu nie wiem czy się uświadczy. Czuć ten miodek bardzo. To nie jest przesłodzony smak, bo miód gryczany jest taki lekko ostry, mniej słodki – a przez to strawny. Wyraźny jego smak sprawia że piwo oprócz doznań typowo „ooo piję piwoo ooo jak dobrzeee kurwaa!”, przynosi także stricte smakowe przeżycia!

POSMAK SPIRYTA – eno dziunie, bez przesady. Wyższa półka.

DODATKOWE UWAGI O SMAKU – pić schłodzone – jak wszystkie słodkie piwa po ogrzaniu i/lub wygazowaniu ma tendencje do ulepkowości. Ale niech te minusy nie przesłonią nam plusów, pierwsze wrażenie chwyta za serce i czule głaszcze pytę. Oby więcej Jabłonowa, oby więcej takich produktów!

OCENA W SKALI OD „1″ do „20″ – 17 – smak i „otoczka” – specjalistycznego niejako piwa dla smakoszy sa idealne. Niezbyt idealna jest cena, no ale ten miód NAPRAWDĘ tam jest i to w ilości sporej. A pszczoły zdychają na świecie, wiadomo. Poza tym jeden punkcik odjęty za brak uniwersalności – bo w lato do pizzy wypijesz jeden, ale drugiego już pragniesz lagera. Ale co to za wady? Kup sobie wonczas lagera i sssssssssssspierdalaj!

 

Najsmutniejszy dzień w roku wg Wilq

 

Czas zadać sobie ostateczne pytanie:

Nadajesz się?

Zobacz wyniki

Loading ... Loading ...

 

Gram sobie w to Just Cause 2 , ale jest to chyba błąd. W kolejce czekają na mnie jeszcze (uwaga, teraz lecą linki): The Saboteur (klik: z cyckami), Far Cry 2 (klik: z zebrami), Prototype (klik: z krwawymi mackami) i Red Faction: Guirrella (klik: ze strusiowym młotkiem). Wszystko to tak zwane przez niewykształconych redaktorsów growych sandboksy, czyli gry z otwartym światem, gdzie teoretycznie pójść można wszędzie i robić rzeczy wiele. A nazywają się tak niefortunnie z angielska, gdyż naszym redaktorsom nie chce się ruszyć mózgów i poszukać jakiegoś polskiego słowa. Zresztą po anglacku brzmi to bardzo poważnie and all, więc o co chodzi? (promotor mojej pracy mgr lubił powtarzać, że najlepsze pojęcia literaturoznawcze to te niemieckie, bo mają pierdolnięcie. Może to ta sama choroba?

Po graniu w Just Cause 2 jednak boję się, że żadna z tych gier mi się nie spodoba. W żadnej nie będę mógł wroga przyczepić do startującego samolotu za pomocą liny i patrzeć, jak odlatuje w siną dal. Żadna z nich nie nagradza mnie pieniędzmi za demolowanie obiektów państwowych. I żadna z nich nie jest zapewne tak ładna.

Just Cause 2 nieustannie kojarzy mi się z pewnym klasykiem, którego powinny pamiętać najstarsze zgredy growe, a w którą ciągle zagrywają się użytkownicy najdziwniejszego forum w Polsce. Jagged Alliance 2 (kto nie zna niech się wstydzi) podobał mi się przede wszystkim za rewolucyjny klimat i egzotyczną atmosferę. Te pierwsze godziny, kiedy po wylądowaniu na wyspie Arulco zaczynamy przejmować pierwsze miasta, najmować żołdaków i przejmować bazy fuj fuj niedobrego reżimu, powtarzałem po kilka razy – takie fajne były to początki rewolucji, które zrujnowanemu ludowi Arulco miały przynieść nowy porządek sprowadzony przez najemników.

Jagged Alliance 2 – 10/10

W Just Cause 2 mam podobnie. Za każdym razem, kiedy rozpoczynam nową rozgrywkę i widzę plecy Skorpiona, czyli meksykańskiego killera na usługach CIA, od razu się uśmiecham. Za chwilę rozpocznie się prawdziwa symfonia destrukcji, a ja jestem jej pieprzonym dyrygentem. Na kolana, wschodnioazjatyckie chamy.

Za niszczenie obiektów cywilnych punktów i pieniędzy się nie dostaje. A szkoda, realizm przede wszystkim.

2010 – albumy

3 Jan 2011, 21:48

Jest w końcu chwila, żeby siąść i zrobić przegląd hiciarskich płyt roku 2010. Tak jak podczas poprzednich podsumowań – zamieszczam rzeczy które słuchałem i które postanowiłem sobie pozostawić, wszystko co wyleciało po pierwszych kilku przesłuchaniach zostało zaplute zamazane.

-= 10/10 =-
(czyli prawdziwe demolki duszy, które zostają ze mną na całe życie)

Było czekanie, było jaranie się promo kawałkiem no i była płyta, która pozamiatała zupełnie. Prawdziwa wojenna apokalipsa w naturalistycznym (dla niektórych aż za bardzo) wydaniu. Gdyby była ciut dłuższa… trochę mi się już osłuchała… ale nie wypada tu biadolić więcej, nic konkretniejszego w 2010 nie było, kropka

Tutaj wisiał w powietrzu spory potencjał: Dżastin Bug Muzy robi remastera swojego opus magnum, pisał na blogach że elegancko tam masteruje, że bonusowy materiał – a koniec końców dostaliśmy tego samego streetcleanera co kiedyś, tyle że grającego głośniej + drugą płytę z beta miksami, popisami koncertowymi i jakimiś demówkami z kanciapy. I to chyba był strzał w dychę, bo jedyne czego brakowało tej płycie to właśnie GŁOŚNOŚĆ – i to zostało naprawione! Bonusowy materiał można sobie raz puścić i postawić na półce dla ozdoby. Najważniejsze że Streetcleaner morduje nadal tak samo, kto go nie zna, ten nic o życiu nie wie.

To nie żadna płyta niestety, tylko taki teaser – ten brytyjski rzemieślnik szumów niestety tak sobie pogrywa ze mną, nie chce płyty wydać,zupełnie jak George R.R. Martin nie chce wydać tańca ze smokami… ja sobie z nimi kiedyś o tym pogadam, zdecydowanie. Jednakże ten kawałek o słońcu – coś pięknego, pożera mnie razem z butami taktycznymi, jak go wrzucam na słuchawki w autobusie to przechodzę do innego wymiaru, i cały autobus razem ze mną. Strach pomyśleć co będzie, jak ta płyta w końcu wyjdzie.

-= 9/10 =-
(czyli znakomite albumy, powyżej moich wyśrubowanych oczekiwań)

Zazwyczaj, kiedy mocny zespół z renomą nagrywa lajtowe, ‘oświecone’ pitolenie, to ręce mi opadają (mastodon, isis, baroness i wiele wiele innych) i żal ściska. Spiral Shadow to dziwaczna płyta na którą zareagowałem inaczej – odrzucała mnie tylko przy pierwszych dwóch odsłuchach, potem zaczęła intrygować i doszło do tego że ląduje w kategorii 9/10. Nowy materiał pokazuje jaki potencjał ma ten skład, jakie rzeczy potrafi zrobić z wokalami, z gitarami, z brzmieniem, i przede wszystkim – potrafią nadal robić kapitalne kawałki, nawet jeśli nie opierają się na hiciarskich riffach i łomoczącym tandemie perkusyjnym. Byłaby dyszka gdyby nie ten felerny piąty kawałek, w którym przesadzili nieco.

Szumy wysokiej klasy, mimo że album króciutki (co to jest 46 minut szumów?) i słuchałem go naprawdę ostro, to dalej się broni. Bardzo dobre soundscapesy, bardzo fajne skrzypce, chciałoby się więcej i więcej. Będę zdecydowanie się rozglądał za kolejnymi szumami od tej ekipy i każdemu polecam, niezależnie czy lubi mertsbaua czy nie.

Płytka podesłana przez Marcina, chyba w ramach żartu – do dziś mi Marcin nie wybaczył że mi się Kingdom na asymmetry podobało. No i tak żartobliwie mi ją podesłał, a ja się w nią poważnie wkręciłem! Mimo że nuta zdecydowanie spod znaku listonosza Pata, to nasycenie ambientami i szumami ciągnie ją mocno do góry, no i riffy są po prostu miejscami WYBORNE… przyjemność ze słuchania tego albumu do dziś mnie zaskakuje, tak więc wrzucam do worka 9/10. Duuużo fajniejsze od amenra.

-= 8/10 =-
(solidne płyty, które zawsze mam ochotę sobie zapuścić)

Od czasu żurnala w którym recenzowałem to dzieło, minęło już sporo czasu. I wiele, wiele kolejnych odsłuchów. I nawet film obejrzałem, ten który jest tematem tej płyty. I chyba pomogło, bo teraz cenię ją dużo bardziej – aż mi się gęba śmieje jak tego słucham, no i sample z filmu teraz wychwytuję, powaga pełna. Parę wolniejszych momentów i jeden daremny kawałek powodują że ocena nie będzie wyższa.

Ta grupa reprezentuje tak ujednolicony styl grania, że nie będę się silił na jakiekolwiek nowe słowa – wystarczy chyba TUMMMMMMMMMM TUUUUUUMMM KSZ! AAAAAaaAaA! I w zasadzie tak by można przedstawiać prawie każdy utwór Monarch. Na obronę Mer Morte w kategorii 8/10 dorzucam, że lubię Khanate i lubię jak ta dziewczyna wyje z pogłosem.

Tutaj się należy sprostowanie już na wjeździe – nie jest to zdecydowanie płyta, którą zawsze mam ochotę sobie zapuścić. O nie nie. Ocena 8/10 wynika tutaj z dostrzeżenia obiektywnej wartości tej płyty – Harris pojechał po bandzie tym razem i nagrał bity w których coś się dzieje, i to mocno dość – dużo twardych brzmień, naparzania młotkiem w blaszane wiadro, same struktury bitów też dość bezlitosne – i na dodatek to wszystko się rozciąga na przestrzeni 55 minut – ból głowy murowany. Ale posłuchać trzeba, bo wygląda na to że Harrisa ktoś ze śpiączki wybudził.

-= 7/10 =-
(dobre płyty, zostają w kolekcji)

Ten zespół też mi Marcin polecił i siadł mi- ta epka o rowie dużo bardziej co prawda, ale album też jest dość godzien. Kawał porządnego noisecore z żelaznym przydźwiękiem w stylu Noxagt, do tego niezły całkiem wokal i spora dawka dramatyzmu. Wspieraj norweską scenę, badaj Årabrot!

Nie pomogła przesroga nazwa płyty, nie udało się bongripperom podnieść po nudnawym hate ashbury. Mimo początkowego zniechęcenia, słuchałem ich jednak uparcie (po hippie killerze mają spory kredyt zaufania u mnie) i płyta jednak się broni. Drugi utwór (SATAN, taki tytuł) ją mocno winduje do góry, reszta to niestety dość przeciętne riffy z wąsem.

Głośny zespół ostatnimi czasy, dużo się o nich mówi. Płyta ciekawa, dużo noisecore z niezłą perkusją i piszczącymi gitarami w stylu ‘Steve Austin się nudzi’. Jednak całość jakoś tak bezboleśnie przechodzi, nie ma walnięcia w mordę, nie ma prucia z AR-15, nie ma zapłakanej poduchy i pokrwawionych nadgarstków… a i ten kabaretowy wokal jakoś nie pomaga. 7/10 to ocena która mi tu bardzo pasuje.

Nie jestem specjalnym fanem tej grupy, poprzednia płyta była nawet skoczna, ale rzadko jej słucham. Ta też nie jest zła, chociaż mocno spuścili z tonu i teraz pitolą i śpiewają, wzorem isis i innych zdewaluowanych mastodonów – plusem jest to że instrumentalnie bronią się nadal całkiem nieźle i generalnie dość żywo to brzmi. Na razie zostaje, mam jakoś klimaty na sweterki w ząbek takie…

Duże oczekiwania były no i niestety… szwajcarska maszyna poszła tym razem w bezkompromisowe chaotyczne mathcore i zdecydowali się wrzucić mniej walców i dronowania, przez co niespecjalnie jestem targetem dla tej płyty. Solidna pozycja, ale rzadko mam ochotę po nią sięgać, boję się tego napierdalania chyba… za to kawałek o plecakach jest zajebisty.

Fajna fajna płytka, mamutowa taka… ale bez fajerwerka niestety. Sporo jej słuchałem, i nic mi jakoś specjalnie nie zostało w głowie. Rozciągnięta ta płyta jest strasznie, intra po 100 minut, jakieś pejzaże, klimaty… i trochę sennie się przez to robi. Wolałem już jak pinkfloydstyle lasia śpiewała na poprzedniej…

Tutaj nie miałem żadnych oczekiwań, bo czułem że ten zespół zsuwa się w otchłań daremności, a tu całkiem całkiem niezłego matadora wysmażyli. Nie napinają się tak jak dawniej i nie straszą, ale klimaty mają bardzo w pytę – kapitalnie nagrana jest płyta, super warstwy zmieszane, wokale, rify – wszystko bardzo przyjemne i jakieś takie… melodyjne! Szkoda że bongripper nie trzyma się kompozycyjnie na takim poziomie jak ci wąsacze.

Amerykanie biorący się za martial industrial to jakoś tak mi nie pasuje, jednak ta płyta, którą podrzucił mi Marcin, całkiem nieźle się trzyma. Szczególnie początek mocny – pierwsze utwory to esencja srogiego martiala, z ginącym światem, bezsensem istnienia itd, jednak potem zaczyna się folkowe pitolenie na bałałajkach, które już jakoś mniej do mnie trafia. THE WALLS THAT ENCLOSE WILL COME TUMBLING DOWN – kiedyś było 8/10, teraz już mnie te ludowe przyśpiewki o zagładzie nieco zmęczyły.

Poprzednie dzieło tego dronoszumowca, Verdun, aktualnie punktuje u mnie 9/10. Miażdżąca epopeja, wciskająca pod powieki obraz przeoranych liniami okopów pól bitew, upstrzonych lejami po artyleryjskich pociskach oraz strzępkami drutu kolczastego, oplecionego przez rozszarpane ludzkie szczątki. Ta nowa płyta o wiedźmie gra też całkiem fajnie ale… nie ma żadnego tematu, żadnej apokalipsy, gazu bojowego, bagnetów, zardzewiałych dziurawych hełmów, ot po prostu dronowy cios za ciosem, jakieś szumy, potem znowu parę ciosów… iskry bożej brak.

-= 6/10 =-
(poniżej normy, na krawędzi pozbycia się)

Smutna płyta, miałka taka, jakieś pitu pitu, bez emocji, strachu, transowych wkrętek, zjawiskowych dziewczyn z mikrofonem… zastanawiałem się czy nie dać jej 7/10 jednak, ale za dużo średniactwa i bidy na tej płycie, kilka momentów bardziej niesamowitych nie wywinduje jej aż tak. Warto trzymać jednak – czasem wpadną znajomi, co nie za bardzo lubią te szumy czy industriale, to wtedy można im takie pioseneczki puścić cicho i sobie rozmawiać czy grać – nikt się nie skarży.

Nuda, nuda, wąs i nuda, nic polotu, nic walcowania, bardzo (za bardzo) straightforward dla mnie, może dla tego że nie palę. W zasadzie kwalifikuje się do wywalenia, dam jej jeszcze parę odsłuchów, ale raczej nie będę za nią tęsknił. OooOOO lufyceeeerrrr czarna mszaaaa czarna mszaaaaa zzzz.

Wielki powrót z głebin, bitwy w sądach o prawa do nazwy, nowy skład – i tak w ramach dowcipu postanowiłem sobie to zbadać, bo kiedyś ich sporo słuchałem. No i… całkiem całkiem! Na ich ideolo tekstowe zawsze byłem odporny, z pięknych refrenów jakoś wyrosłem, ale dla samego perkusisty warto sobie czasem puścić – mimo że te refreny w głębi płyty cięzko strawić. Miło że w końcu znowu grają jak maszyna, a nie nagrywają kowery nirvany.

Uf, zapomniałem ile to się trzeba namęczyć, żeby te wszystkie lanslinki powrzucać, fotki, jakieś formatowania… i w zasadzie większość tych płyt przewijała się w żurnalach już wcześniej, więc nawet wiele nowego w tym podsumowaniu nie ma. No ale są lanslinki, obrazki i formatowanie – żurnal z generic bełkotu zmienia się w murowanego, opiniotwórczego hita, bezlitosnego generatora komciów!

Albo nie.

Dziękuję za lekturę i do nastepnego!

Arulco, Panau, rozpierdziel

poniedziałek, 10 stycznia 2011 18:52 Skocz do komentarzy

Gram sobie w to Just Cause 2 , ale jest to chyba błąd. W kolejce czekają na mnie jeszcze (uwaga, teraz lecą linki): The Saboteur (klik: z cyckami), Far Cry 2 (klik: z zebrami), Prototype (klik: z krwawymi mackami) i Red Faction: Guirrella (klik: ze strusiowym młotkiem). Wszystko to tak zwane przez niewykształconych redaktorsów growych sandboksy, czyli gry z otwartym światem, gdzie teoretycznie pójść można wszędzie i robić rzeczy wiele. A nazywają się tak niefortunnie z angielska, gdyż naszym redaktorsom nie chce się ruszyć mózgów i poszukać jakiegoś polskiego słowa. Zresztą po anglacku brzmi to bardzo poważnie and all, więc o co chodzi? (promotor mojej pracy mgr lubił powtarzać, że najlepsze pojęcia literaturoznawcze to te niemieckie, bo mają pierdolnięcie. Może to ta sama choroba?

Po graniu w Just Cause 2 jednak boję się, że żadna z tych gier mi się nie spodoba. W żadnej nie będę mógł wroga przyczepić do startującego samolotu za pomocą liny i patrzeć, jak odlatuje w siną dal. Żadna z nich nie nagradza mnie pieniędzmi za demolowanie obiektów państwowych. I żadna z nich nie jest zapewne tak ładna.

Just Cause 2 nieustannie kojarzy mi się z pewnym klasykiem, którego powinny pamiętać najstarsze zgredy growe, a w którą ciągle zagrywają się użytkownicy najdziwniejszego forum w Polsce. Jagged Alliance 2 (kto nie zna niech się wstydzi) podobał mi się przede wszystkim za rewolucyjny klimat i egzotyczną atmosferę. Te pierwsze godziny, kiedy po wylądowaniu na wyspie Arulco zaczynamy przejmować pierwsze miasta, najmować żołdaków i przejmować bazy fuj fuj niedobrego reżimu, powtarzałem po kilka razy – takie fajne były to początki rewolucji, które zrujnowanemu ludowi Arulco miały przynieść nowy porządek sprowadzony przez najemników.

Jagged Alliance 2 – 10/10

W Just Cause 2 mam podobnie. Za każdym razem, kiedy rozpoczynam nową rozgrywkę i widzę plecy Skorpiona, czyli meksykańskiego killera na usługach CIA, od razu się uśmiecham. Za chwilę rozpocznie się prawdziwa symfonia destrukcji, a ja jestem jej pieprzonym dyrygentem. Na kolana, wschodnioazjatyckie chamy.

Za niszczenie obiektów cywilnych punktów i pieniędzy się nie dostaje. A szkoda, realizm przede wszystkim.

 

Jest w końcu chwila, żeby siąść i zrobić przegląd hiciarskich płyt roku 2010. Tak jak podczas poprzednich podsumowań – zamieszczam rzeczy które słuchałem i które postanowiłem sobie pozostawić, wszystko co wyleciało po pierwszych kilku przesłuchaniach zostało zaplute zamazane.

-= 10/10 =-
(czyli prawdziwe demolki duszy, które zostają ze mną na całe życie)

Było czekanie, było jaranie się promo kawałkiem no i była płyta, która pozamiatała zupełnie. Prawdziwa wojenna apokalipsa w naturalistycznym (dla niektórych aż za bardzo) wydaniu. Gdyby była ciut dłuższa… trochę mi się już osłuchała… ale nie wypada tu biadolić więcej, nic konkretniejszego w 2010 nie było, kropka

Tutaj wisiał w powietrzu spory potencjał: Dżastin Bug Muzy robi remastera swojego opus magnum, pisał na blogach że elegancko tam masteruje, że bonusowy materiał – a koniec końców dostaliśmy tego samego streetcleanera co kiedyś, tyle że grającego głośniej + drugą płytę z beta miksami, popisami koncertowymi i jakimiś demówkami z kanciapy. I to chyba był strzał w dychę, bo jedyne czego brakowało tej płycie to właśnie GŁOŚNOŚĆ – i to zostało naprawione! Bonusowy materiał można sobie raz puścić i postawić na półce dla ozdoby. Najważniejsze że Streetcleaner morduje nadal tak samo, kto go nie zna, ten nic o życiu nie wie.

To nie żadna płyta niestety, tylko taki teaser – ten brytyjski rzemieślnik szumów niestety tak sobie pogrywa ze mną, nie chce płyty wydać,zupełnie jak George R.R. Martin nie chce wydać tańca ze smokami… ja sobie z nimi kiedyś o tym pogadam, zdecydowanie. Jednakże ten kawałek o słońcu – coś pięknego, pożera mnie razem z butami taktycznymi, jak go wrzucam na słuchawki w autobusie to przechodzę do innego wymiaru, i cały autobus razem ze mną. Strach pomyśleć co będzie, jak ta płyta w końcu wyjdzie.

-= 9/10 =-
(czyli znakomite albumy, powyżej moich wyśrubowanych oczekiwań)

Zazwyczaj, kiedy mocny zespół z renomą nagrywa lajtowe, ‘oświecone’ pitolenie, to ręce mi opadają (mastodon, isis, baroness i wiele wiele innych) i żal ściska. Spiral Shadow to dziwaczna płyta na którą zareagowałem inaczej – odrzucała mnie tylko przy pierwszych dwóch odsłuchach, potem zaczęła intrygować i doszło do tego że ląduje w kategorii 9/10. Nowy materiał pokazuje jaki potencjał ma ten skład, jakie rzeczy potrafi zrobić z wokalami, z gitarami, z brzmieniem, i przede wszystkim – potrafią nadal robić kapitalne kawałki, nawet jeśli nie opierają się na hiciarskich riffach i łomoczącym tandemie perkusyjnym. Byłaby dyszka gdyby nie ten felerny piąty kawałek, w którym przesadzili nieco.

Szumy wysokiej klasy, mimo że album króciutki (co to jest 46 minut szumów?) i słuchałem go naprawdę ostro, to dalej się broni. Bardzo dobre soundscapesy, bardzo fajne skrzypce, chciałoby się więcej i więcej. Będę zdecydowanie się rozglądał za kolejnymi szumami od tej ekipy i każdemu polecam, niezależnie czy lubi mertsbaua czy nie.

Płytka podesłana przez Marcina, chyba w ramach żartu – do dziś mi Marcin nie wybaczył że mi się Kingdom na asymmetry podobało. No i tak żartobliwie mi ją podesłał, a ja się w nią poważnie wkręciłem! Mimo że nuta zdecydowanie spod znaku listonosza Pata, to nasycenie ambientami i szumami ciągnie ją mocno do góry, no i riffy są po prostu miejscami WYBORNE… przyjemność ze słuchania tego albumu do dziś mnie zaskakuje, tak więc wrzucam do worka 9/10. Duuużo fajniejsze od amenra.

-= 8/10 =-
(solidne płyty, które zawsze mam ochotę sobie zapuścić)

Od czasu żurnala w którym recenzowałem to dzieło, minęło już sporo czasu. I wiele, wiele kolejnych odsłuchów. I nawet film obejrzałem, ten który jest tematem tej płyty. I chyba pomogło, bo teraz cenię ją dużo bardziej – aż mi się gęba śmieje jak tego słucham, no i sample z filmu teraz wychwytuję, powaga pełna. Parę wolniejszych momentów i jeden daremny kawałek powodują że ocena nie będzie wyższa.

Ta grupa reprezentuje tak ujednolicony styl grania, że nie będę się silił na jakiekolwiek nowe słowa – wystarczy chyba TUMMMMMMMMMM TUUUUUUMMM KSZ! AAAAAaaAaA! I w zasadzie tak by można przedstawiać prawie każdy utwór Monarch. Na obronę Mer Morte w kategorii 8/10 dorzucam, że lubię Khanate i lubię jak ta dziewczyna wyje z pogłosem.

Tutaj się należy sprostowanie już na wjeździe – nie jest to zdecydowanie płyta, którą zawsze mam ochotę sobie zapuścić. O nie nie. Ocena 8/10 wynika tutaj z dostrzeżenia obiektywnej wartości tej płyty – Harris pojechał po bandzie tym razem i nagrał bity w których coś się dzieje, i to mocno dość – dużo twardych brzmień, naparzania młotkiem w blaszane wiadro, same struktury bitów też dość bezlitosne – i na dodatek to wszystko się rozciąga na przestrzeni 55 minut – ból głowy murowany. Ale posłuchać trzeba, bo wygląda na to że Harrisa ktoś ze śpiączki wybudził.

-= 7/10 =-
(dobre płyty, zostają w kolekcji)

Ten zespół też mi Marcin polecił i siadł mi- ta epka o rowie dużo bardziej co prawda, ale album też jest dość godzien. Kawał porządnego noisecore z żelaznym przydźwiękiem w stylu Noxagt, do tego niezły całkiem wokal i spora dawka dramatyzmu. Wspieraj norweską scenę, badaj Årabrot!

Nie pomogła przesroga nazwa płyty, nie udało się bongripperom podnieść po nudnawym hate ashbury. Mimo początkowego zniechęcenia, słuchałem ich jednak uparcie (po hippie killerze mają spory kredyt zaufania u mnie) i płyta jednak się broni. Drugi utwór (SATAN, taki tytuł) ją mocno winduje do góry, reszta to niestety dość przeciętne riffy z wąsem.

Głośny zespół ostatnimi czasy, dużo się o nich mówi. Płyta ciekawa, dużo noisecore z niezłą perkusją i piszczącymi gitarami w stylu ‘Steve Austin się nudzi’. Jednak całość jakoś tak bezboleśnie przechodzi, nie ma walnięcia w mordę, nie ma prucia z AR-15, nie ma zapłakanej poduchy i pokrwawionych nadgarstków… a i ten kabaretowy wokal jakoś nie pomaga. 7/10 to ocena która mi tu bardzo pasuje.

Nie jestem specjalnym fanem tej grupy, poprzednia płyta była nawet skoczna, ale rzadko jej słucham. Ta też nie jest zła, chociaż mocno spuścili z tonu i teraz pitolą i śpiewają, wzorem isis i innych zdewaluowanych mastodonów – plusem jest to że instrumentalnie bronią się nadal całkiem nieźle i generalnie dość żywo to brzmi. Na razie zostaje, mam jakoś klimaty na sweterki w ząbek takie…

Duże oczekiwania były no i niestety… szwajcarska maszyna poszła tym razem w bezkompromisowe chaotyczne mathcore i zdecydowali się wrzucić mniej walców i dronowania, przez co niespecjalnie jestem targetem dla tej płyty. Solidna pozycja, ale rzadko mam ochotę po nią sięgać, boję się tego napierdalania chyba… za to kawałek o plecakach jest zajebisty.

Fajna fajna płytka, mamutowa taka… ale bez fajerwerka niestety. Sporo jej słuchałem, i nic mi jakoś specjalnie nie zostało w głowie. Rozciągnięta ta płyta jest strasznie, intra po 100 minut, jakieś pejzaże, klimaty… i trochę sennie się przez to robi. Wolałem już jak pinkfloydstyle lasia śpiewała na poprzedniej…

Tutaj nie miałem żadnych oczekiwań, bo czułem że ten zespół zsuwa się w otchłań daremności, a tu całkiem całkiem niezłego matadora wysmażyli. Nie napinają się tak jak dawniej i nie straszą, ale klimaty mają bardzo w pytę – kapitalnie nagrana jest płyta, super warstwy zmieszane, wokale, rify – wszystko bardzo przyjemne i jakieś takie… melodyjne! Szkoda że bongripper nie trzyma się kompozycyjnie na takim poziomie jak ci wąsacze.

Amerykanie biorący się za martial industrial to jakoś tak mi nie pasuje, jednak ta płyta, którą podrzucił mi Marcin, całkiem nieźle się trzyma. Szczególnie początek mocny – pierwsze utwory to esencja srogiego martiala, z ginącym światem, bezsensem istnienia itd, jednak potem zaczyna się folkowe pitolenie na bałałajkach, które już jakoś mniej do mnie trafia. THE WALLS THAT ENCLOSE WILL COME TUMBLING DOWN – kiedyś było 8/10, teraz już mnie te ludowe przyśpiewki o zagładzie nieco zmęczyły.

Poprzednie dzieło tego dronoszumowca, Verdun, aktualnie punktuje u mnie 9/10. Miażdżąca epopeja, wciskająca pod powieki obraz przeoranych liniami okopów pól bitew, upstrzonych lejami po artyleryjskich pociskach oraz strzępkami drutu kolczastego, oplecionego przez rozszarpane ludzkie szczątki. Ta nowa płyta o wiedźmie gra też całkiem fajnie ale… nie ma żadnego tematu, żadnej apokalipsy, gazu bojowego, bagnetów, zardzewiałych dziurawych hełmów, ot po prostu dronowy cios za ciosem, jakieś szumy, potem znowu parę ciosów… iskry bożej brak.

-= 6/10 =-
(poniżej normy, na krawędzi pozbycia się)

Smutna płyta, miałka taka, jakieś pitu pitu, bez emocji, strachu, transowych wkrętek, zjawiskowych dziewczyn z mikrofonem… zastanawiałem się czy nie dać jej 7/10 jednak, ale za dużo średniactwa i bidy na tej płycie, kilka momentów bardziej niesamowitych nie wywinduje jej aż tak. Warto trzymać jednak – czasem wpadną znajomi, co nie za bardzo lubią te szumy czy industriale, to wtedy można im takie pioseneczki puścić cicho i sobie rozmawiać czy grać – nikt się nie skarży.

Nuda, nuda, wąs i nuda, nic polotu, nic walcowania, bardzo (za bardzo) straightforward dla mnie, może dla tego że nie palę. W zasadzie kwalifikuje się do wywalenia, dam jej jeszcze parę odsłuchów, ale raczej nie będę za nią tęsknił. OooOOO lufyceeeerrrr czarna mszaaaa czarna mszaaaaa zzzz.

Wielki powrót z głebin, bitwy w sądach o prawa do nazwy, nowy skład – i tak w ramach dowcipu postanowiłem sobie to zbadać, bo kiedyś ich sporo słuchałem. No i… całkiem całkiem! Na ich ideolo tekstowe zawsze byłem odporny, z pięknych refrenów jakoś wyrosłem, ale dla samego perkusisty warto sobie czasem puścić – mimo że te refreny w głębi płyty cięzko strawić. Miło że w końcu znowu grają jak maszyna, a nie nagrywają kowery nirvany.

Uf, zapomniałem ile to się trzeba namęczyć, żeby te wszystkie lanslinki powrzucać, fotki, jakieś formatowania… i w zasadzie większość tych płyt przewijała się w żurnalach już wcześniej, więc nawet wiele nowego w tym podsumowaniu nie ma. No ale są lanslinki, obrazki i formatowanie – żurnal z generic bełkotu zmienia się w murowanego, opiniotwórczego hita, bezlitosnego generatora komciów!

Albo nie.

Dziękuję za lekturę i do nastepnego!

 

Do niedawna śmigałem po mieście z Koss PortaPro na uszach – padło w końcu na tą urodzinową edycję specjalną – ze względu na sznurkowy kabel.

Przyjaźniłem się z tymi słuchawkami od lat (urodzinowa wersja to już 3 para ‘portków’ jaką posiadam), ale coś mi zaczął siadać kabel (znowu!) – tym razem pierwszy raz w okolicach wtyczki. Niby gra ładnie, ale przy pewnym ułożeniu kabla, zaczyna znikać lewy kanał. Wyciągam z szafy pudełko z papierami i paragonem – i gwarancja oczywiście upłynęła 2 tygodnie temu. Noż jasny…
Słuchawki planuję naprawić tak czy inaczej – metodą ‘wyślij do Warszawy, czekaj pół roku, zapłać 100PLN za naprawę’, ale nie mogę się na tak długo pozbawić słuchawek, bo bym przecież w tych autobusach do pracy umarł – a tego nikt by przecież nie chciał. Tak więc rozpocząłem żmudny research w poszukiwaniu… SŁUCHAWEK ZASTĘPCZYCH! Tak jest – będę sobie nosił jakieś nowe a te wyślę na serwis. Tak to sprytnie obmyśliłem.

Nienawidze szukać sprzętu elektronicznego – ale jestem zdeterminowany i bardzo cierpliwy, tak więc brnę przez dziesiątki stron z recenzjami, opisami, porównaniami, nigdzie w okolicy nie ma miejsca gdzie by był duży wybór słuchawek do zbadania empirycznie, trzeba się zdać na opinie róznych ‘znawców’ – strach bierze na samą myśl. W końcu wybrałem – tym razem wspieramy europejską myśl słuchawkową:

AKG K450. Oczekiwania są spore – w teorii musi to być hit: małe słuchawki, zamknięte (w autobusie zarządzą bardziej), z lepszym kablem, no i w końcu coś innego – brzmienie Portów bardzo lubię, ale dreszczyk nowości to coś czym nie pogardzę.

Na początek porównanie samej konstrukcji fizycznej – AKG robią solidne wrażenie. Słuchawki są grubsze – z każdej strony. Metalowy pałąk grubo pociągnięty skóropodobnym obiciem, same ‘nauszniki’ też robią grube i tłuste wrażenie. Kabel wychodzi tylko z lewej słuchawki i – uwaga – jest wymienny, można go wypiąć i wymienić. W zestawie są niby dwa o róznych długościach – ten krótki jest aż śmieszny w swej krótkości, ten dłuższy ma na oko 120cm, troszkę mniej niż Porty – powinno wystarczyć żeby gigabeata nosić w kieszeni bluzy.

Pierwsza wycieczka na miasto była srogą porażką. Brzmienie – masakra, strasznie zmulone, zduszone, nic nie pomaga rzeźbienie full-parametrycznym equalizerem, aż żal ściska, nic nie słuchać. Ale spoko – wszędzie piszą że AKG w przeciwieństwie do Portów potrzebują czasu na wygrzanie, tak więc uparcie je noszę i dźwięki znoszę. Słuchawki dużo bardziej czuć na głowie niż Porty, które były jak piórko. Te też są lekkie, ale zaklejają ucho (wszak to zamknięta konstrukcja) no i… gniotą mnie w łeb. Przy dłuższych przebiegach, tak ponad godzinnych, po prostu boli mnie głowa. Odkrywam że jak zdejmę okulary jest lepiej, ale ciągle nie widzę szansy słuchania np. przez 2 godziny. Nie jest zbyt malinowo jak na razie.

Mijają dwa miesiące…

… no i możemy w końcu porozmawiać o brzmieniu. Bo to się zmieniło dość radykalnie. Słuchawki zaczęły gadać po jakichś 20 godzinach męczarni – i teraz gadają przepięknie. Zamknięta konstrukcja punktuje basami a kuleje wysokimi tonami, tak więc jedyna w sumie korekcja jakiej dokonałem na gigabeacie to wyciągnięcie wysokich tonów o 5 decybeli, basów o 1.5. I jest bajka. Słuchawki grają duzo dużo dokładniej niż Portki, dużo więcej słychać rzeczy z tła, takich których np. nigdy wcześniej nie słyszałem. Do tego izolacja – na mieście tłumią kapitalnie, w komunikacji miejskiej sporo gorzej, ale niebo lepiej niż Portki. Dodatkowy plus – można jechać głośno i nie słychać nic na zewnątrz, nie oglądają się babcie za mną jak jadę nowego Slayerka. Bas jest świetny, góra ok, bardzo precyzyjne i wyważone brzmienie. Bardzo podoba mi się separacja stereo – coś o czym Porty nie za bardzo słyszały, tutaj kanały chodzą bajecznie (te dwie perki w Kylesa…). Reasumując – brzmienie jest bardzo miłą odmianą po czysto rozrywkowych Portkach.

Wygoda niestety dalej jest problematyczna – gniotą gnoje. Ja mam wielki łeb i pewnie dlatego, pałąk rozsuwam o 1 klik luźniej (stopniowa regulacja jest w przeciwieństwiie do Kossów) i jest trochę lepiej… ale tylko trochę. Próbowałem trochę rozginać ten pałąk metodą brute force, ale metal jest wyjątkowo sprężysty i wraca do pierwotnej gniotącej formy niemal natychmiast, tak więc jest to chyba coś z czym będę musiał żyć. Pisałem już że słuchawki są grube – nie ma bata żeby je schować pod włosy, nie da rady nawet naciągnąć na łeb kaptura od bluzy… za to okazało się że to ostatnie jest już zbędne – zamknięte nauszniki grzeją uszy aż miło i żaden mróz nie straszny, jedynie cieniutki przeciwśniegowy kaptur kurtki i to tyle! Przyznam że nie spodziewałem się że mi tak pomogą AKG walczyć z dwudziestostopniowymi mrozami.
Kabel na razie daje rady i nie sztywnieje na mrozie jak w niebieskich Kossach. Jest bardzo gumowy i czepliwy, nie ślizga się po ubraniu tylko ‘ciągnie’ – coś do czego się trzeba przyzwyczaić. To że wychodzi z jednego tylko nausznika jakoś mnie nie rajcuje zupełnie, ale to że jest wymienny dobrze rokuje na przyszłość, bo zakładam że da się dokupić taki kabel w razie jakiejś awarii.

Słuchawki są elegancko wydane (sztywne euti, pudełeczko cacy), ale nie korzystam z tych wszystkich bajerów. Nawet ich nie składam, gdy nie słucham to zrzucam je na kark normalnie – taka czynność przy użytkowaniu PortaPro groziła uduszeniem i garotowaniem przez bezlitosny metalowy pałąk – AKG są tutaj milusie, nie duszą, nie mordują, mięciutko leżą na karku. Zdążyłem je bardzo polubić przez te dwa miesiące. Na tyle, że jakoś nie spieszy mi się Kossów posyłać na serwis. Jednak zrobię to, bo słabo widzę upały letnie przy zamkniętych słuchawkach, pół roku pośmigam w jednych, pół w drugich, będzie dobrze.

To tyle na dziś. Długo się zbierałem z tą recenzją, ale czuję że było warto – to zdecydowanie sprzęt do którego trzeba przywyknąć. Macie na koniec pudełusio, i papatki!

 

Jako że nad ww. produktem spędziłem już jakieś 50h, pozwoliłem sobie napisać parę słów na zachętę, albo też na przestrogę dla niektórych.

Po pierwsze musicie wiedzieć, że New Vegas, w przeciwieństwie do Fallouta 3, stworzony został przez środowisko devów które znamy z pierwszych dwóch Falloutów (Interplay) i nieco nowszych cRPG, takich jak Arcanum i Bloodlines (Troika). Zgodnie z tradycją dostaliśmy zabugowaną grę ze świetnymi dialogami, questami i elementami RPG. Przy czym na szczęście wyszły już ze 4 patche, najnowszy nie ma nawet tygodnia (w chwili kiedy piszę te słowa).

Po drugie, niestety, Fallout: New Vegas został zbudowany na bazie silnika Fallouta 3. Czyli widok z pierwszej osoby i śmieszny tryb real-time with pause, który w praktyce wygląda i działa jak bullet time z Maxa Payne.

Widać na powyższym filmiku legacy z FO3 (w którego nie grałem), czyli ragdolle robiące fikołki i kończyny odlatujące z ciał. Czemu głowa oddziela się od szyi przy strzale w głowę (nie w szyję), tego nie wiem… Pomijając estetykę, problemem pozostaje realizacja elementów RPG w konwencji FPS, czyli sposobu w jaki skille wpływają na efektywność bojową postaci. Nieco razi sytuacja, kiedy byle wieśniak-frajer przymuje na ryj kilka hedszotów. Tak samo rzecz się miała w 2D Fallotach, ale tam podobne absurdy łykało się łatwiej z racji symbolicznej grafiki. Postać wieśniaka można było traktować umownie jako figurkę potwora. 3D jest bardziej dosłowne.

Na pewno walka z New Vegas nie jest zła, tj. są elementy taktyki: strzelanie w części ciała żeby spowolnić/rozbroić wroga, różne typy amunicji, lunety, tłumiki, ironsighty… Czyli taki dobry FPS z elementami RPG, jeśli chodzi o samą walkę. Może to jednak nie wystarczać na niższych poziomach trudności. Ja gdzieś w połowie gry przestawiłem się na Very Hard. Wrogowie z nieco większą odpornością na ból i mocniejszymi atakami motywują do większego skupienia i staranności. Co nie znaczy, że gra jest „bardzo trudna”, chyba że ktoś gra pierwszy raz w życiu na komputerze, albo ma Parkinsona, albo jest niewidomy.

Warto wspomnieć o „Hardcore mode” przy okazji omawiania poziomu trudności. Gra wymaga wtedy od naszej postaci spania, jedzenia i picia. Jest to pewnego rodzaju udziwnienie, nie powiem uciążliwość, bo lekkie odwodnienie obniża nam niektóre statsy o 1, a czystą wodę zaskakująco łatwo jest znależć. W konwencji post-apoc woda powinna być raczej cennym surowcem, zwłaszcza że Vegas leży na pustyni. Sytuację odwrotną muszę policzyć jako minus. Nie chodzi mi o to żeby zawyżać poziom trudności, ale żeby ktoś pomyślał o zadbaniu spójnośći Falloutowego świata.

Przypuszczam, że devom przy tworzeniu „Hardcore mode” chodziło o urozmaicenie podróży i lekki ukłon w stronę „realizmu”. Wolałbym jednak, żeby zajęli się zamiast tego stworzeniem lepszego sytemu poruszania się po mapie. W systemie z FO3 można chodzić wszędzie na piechotę (zajmuje wieki), albp „podróżować” przez World Mapę, nie napotykając żadnych random encounterów. Jest to w gruncie rzeczy opóźniona teleportacja, bo czas płynie podczas „skoków”. Tęsknię za mapą z jedynki czy dwójki, gdzie czas podróży i random encountery odstręczają od „skakania” po lokacjach. Jedyne pocieszenie w New Vegas: wpierw trzeba odkryć lokację, żeby móc się do niej dostać „na szybkiego”. Łażenie po pustyni jest więc wymagane do pewnego stopnia.

Podróżujemy, walczymy, questujemy; jedni nas lubią, inni mniej. Wspomniałem na początku, że questy mi się podobają. Są zrobione z pomysłem i świetnie napisane. Mają często kilka rozwiązań i wątków. Rozczulający jest kompas, który pokazuje w formie radaru waypointy do rozwiązywania questów – na szczęście nie pokazuje wszystkich możliwych opcji. Czasami można iść na skróty, użyć skilla i ułatwić sobie życie, albo pogadać z kimś i obejść np. zamknięte drzwi (za pomocą skilla albo kasy). Podoba mi się często spotykana możliwość użycia w rozmowie skillów innych niż Speech, nawiasem mówiąc b. istotny i często używany w NV. Akurat nie szedłem w niego wcale, mimo czego często mogłem ciekawie rozwiązać rozmowę za pomocą innych umiejętności.

Nie skończyłem jeszcze gry. Kuszą mnie nieodwiedzone lokacje i nierozwiązane questy (w tym te związane z rekrutowanymi NPCami), no i zastanawiam się jak rozwiązać ostatecznie kwestię miasta Vegas. Pod koniec otwiera się dużo możliwości i pokazują się dość ważne opcje. Wiem już, że na koniec gry dostanę różne zakończenia dla miast i NPCów, tak jak w dwójce i jedynce. Z tego wzglęu poleciłbym grę fanom RPG, chyba że kogoś bardzo brzydzi strzelanie z pierwszej osoby. Jest to zrozumiałe. Ja jestem fanem hybrydy FPS-RPG, w tej kategorii gra świetnie się sprawdza. Na pewno nie jest to FO1/2, bo wtedy to się miało 16 lat, czyż nie?

 

These are the things I hold onto
These are the things I use to deceive myself
I line them up in front of me
I judge them carefully
Then I throw them all away

I am a small man
I am not a dangerous man
I love a child
I love a beautiful child
I will hold this child in my arms
And caress his soft head
Listen to him cry

I can kill the child
The beautiful child
I will kill the child
The beautiful child
This is my life
This is my choice
This is my damnation
This is my sacrifice

© 2012 Idź do domu bo się nie nadajesz Suffusion theme by Sayontan Sinha